Milczeliśmy chwilę.
Może tam w liście jest co o niej, taką sobie robiłem nadzieję.
— Ale tego Wassertruma też diabeł porwał — nagle zaczął znów Wencel — może pan już o tym słyszał?
Podskoczyłem ze zdumienia.
— No właśnie — Wencel wskazał na swe gardło. — Lu, lu — mówię panu! To ci było straszne. Kiedy sklep otworzyli, bo go przez parę dni nie było widać, ja naturalnie byłem tam pierwszy, jakże inaczej! — A tam on — ten jucha Wassertrum siedział ci na parszywym fotelu, z piersi krew mu się sączyła — a oczy miał jakby szklane — — — Pan wie — ja jestem chłop mocny jak koń, ale mówię panu, jakem to zobaczył, wszystko mi się w oczach przekręciło — i myślałem, że zemdleję — — Dopiero powoli musiałem sam sobie tłumaczyć sprawę: Wencel, powiedziałem, Wencel, obudź się — przecie to tylko umarły Żyd! — W gardle miał wbity pilnik, a w sklepie u niego wszystko było wywrócone do góry nogami. — Oczywiście morderstwo z rabunkiem.
— Pilnik — pilnik! Oddech mi zlodowaciał ze zgrozy. — Pilnik! Tak więc znalazł on swoją drogę. —
— Wiem też, kto to był — mówił po chwili Wencel półgłosem. — Nikt inny, mówię panu, tylko ten dziobaty Lois. — Ja, panie, znalazłem w sklepie na podłodze jego nóż kieszonkowy — i szybko ukryłem, aby go policja nie zabrała i nie rzuciła się na chłopca. Przez jakieś podziemne przejście dostał się do sklepu — — —
Jednym rzutem przerwał mowę, parę sekund słuchał z natężeniem, rzucił się na pryczę — i zaczął przeraźliwie chrapać.
Niemal w tej samej chwili klucz zazgrzytał we drzwiach celi — dozorca wszedł i gniewnym wzrokiem spoglądał na mnie. Zrobiłem minę obojętną, a Wencla ledwie się można było dobudzić. Dopiero po wielu uderzeniach podniósł się — i jak pijany ze snu chwiejnie wyszedł z celi, a za nim strażnik.