Laponder opisywał mi twarze obojga. Nie ma wątpliwości: byli to Hillel i Miriam.
Z napięcia nie ważyłem się oddychać.
Proszę, niech pan opowiada dalej. Czy był tam jeszcze kto więcej w pokoju?
Kto więcej? Niech pan zaczeka — — — nie, oprócz nich nikogo więcej nie było w pokoju. Siedmiopłomienny świecznik454 płonął na stole.
Potem zeszedłem na dół po kręconych schodach.
— Były zniszczone? — wtrąciłem.
— Zniszczone? Nie, nie. Wszystko było tam w porządku. W bok od nich leżała izba, w której siedział człowiek w trzewikach ze srebrnymi sprzączkami, człowiek typu osobliwego, jakiego nigdy jeszcze między ludźmi nie widziałem: miał żółtą twarz i kose455 oczy; pochylony był ku przodowi i zdawał się na coś oczekiwać. Może na jaki rozkaz.
— Książki — starej, dużej książki nigdzie pan nie widział? — badałem.
Potarł sobie czoło.
— Książki — mówi pan. Tak jest. Widziałem. Książka leżała na podłodze. Była otwarta. Cała na pergaminie. Stronica zaczynała się od złotej wielkiej litery A.