Jeszcze minuta — pół minuty, a wówczas —
Dorożka zatrzymała się koło kupy gruzów.
Wszędzie dokoła barykady z kamieni brukowych.
Na nich palą się czerwone latarnie.
Przy blasku pochodni kopał i łopatą odsypywał ziemię jeden z robotników.
Kopce zwalisk, kamieni i odłamki murów zamykały przejście.
Drapałem się po tych górkach, po kolana się pogrążyłem w gruzy.
Więc to tu miałby być Koguci Zaułek?
Z trudem się orientowałem. Same ruiny dokoła. Czyż nie tu stał dom, w którym mieszkałem? Fasada była zdjęta całkowicie.
Wdarłem się na jeden z kopców; w dole pode mną biegł wzdłuż dawnej ulicy czarny, murowany chodnik. Spojrzałem w górę: jak olbrzymie komórki pszczele zawisły w powietrzu opróżnione siedziby ludzkie, przez pół480 pochodniami oświetlone, przez pół mdłym światłem księżycowym.