Nagle płomienie buchnęły poprzez deski moich drzwi i do pokoju wdarł się obłok duszącego, gorącego dymu.

Pożar w domu. Pożar! Pożar!


Roztwieram499 okno. Wdrapuję się na dach.

Z dala już huczy gromkie trąbienie nadjeżdżającej straży ogniowej. Błyszczące hełmy i krótkie, ostre rozkazy komendy.

Potem upiorne, rytmiczne, syczące dyszenie pomp, jakby demony wody gotowały się do skoku na swego śmiertelnego wroga: ogień.

Szkło, brzęcząc, pęka, a czerwony płomień strzela ze wszystkich okien.

Materace wyrzucają z okien, cała ulica jest nimi zaścielona, ludzie skaczą na nie: tłuką się i ranią; straż ich wynosi.

We mnie natomiast coś raduje się w dzikiej, tryumfalnej ekstazie! Nie wiem, dlaczego. Włos mi się jeży.

Biegnę w stronę komina, aby uniknąć osmalenia, gdyż płomienie idą w moją stronę.