Włosy jej niestrzyżone owijają całą jej postać od stóp do głów. Wylewa tyle łez, że ból jej nie może być podobny bólowi innych, jest to ból nadludzki, nieskończony.

Antoni marzy o matce Jezusa.

Kobieta mówi:

Uchodziłeś ze Wschodu i całą drżącą od rosy brałeś mnie w ramiona, o Słońce! Gołąbki latały na błękicie twego płaszcza, pocałunki nasze budziły wietrzyk w gęstwinach i oddawałam się twej miłości, opętana rozkoszą mego omdlenia. Biada, biada! Pocóżeś pobiegł na góry!

Na jesiennym porównaniu dnia z nocą dzik ciebie zranił. Umarłeś. Źródła płaczą, drzewa się chwieją. Wiatr zimowy świszcze w nagich cierniach.

Oczy moje się zamkną, gdyż ciebie mroki pokrywają. Teraz ty zamieszkujesz drugą stronę świata, u mej potężniejszej współzawodnicy. O, Persefono264, wszystko co piękne schodzi do ciebie, i nigdy już stamtąd nie wraca.

W czasie tej mowy, towarzyszki jej wzięły zmarłego, aby spuścić do grobu. Trup jest w ich ręku. Jest to tylko trup z wosku.

Antoni czuje niby ulgę.

Wszystko znika. Chata, skały, krzyż ukazały się znowu.

Tymczasem z drugiej strony Nilu Antoni dostrzega kobietę stojącą na pustyni.