Za nimi, kulejąc, idzie rozpaczliwa gromada nimf. Łąkowe bogi pokryte pyłem, leśne jęczą i krwawią, ranne od siekier drwali.

Gelludy, strzygi, empuzy, wszystkie boginie piekielne, mieszając swe haki, pochodnie, żmije, tworzą piramidę, a na szczycie, na skórze cepa, Eurynome326, sinawa jak muchy mięsne, pożera własne ramiona. Potem w wirze nikną naraz: Arthia krwiożercza, Hymnia z Orchomeny, Laphira patrejska, Aphia z Eginy, Bendis z Tracji, Stymphalia o ptasich udach, Triopas zamiast trzech źrenic ma tylko trzy orbity. Erichtonius, któremu łydki zgniły, jak kaleka beznogi, pełza na rękach.

HILARION

Jakie to szczęście, nieprawdaż? Widzieć ich w ohydzie i agonii. Wejdź ze mną na ten kamień, a będziesz jak Kserkses327, przeglądający swe wojska.

Tam w dali, w mgłach, czy widzisz tego olbrzyma białobrodego, co strąca miecz od krwi czerwony? To Scyta Zalmoksis328 śród dwóch planet. Jedna Artimpasa329 — Wenus, druga Orsiloche330 — księżyc. Dalej, wypływając z bladych obłoków, są bogowie, których czczono u Cymbrów, aż poza Thule331!

Dworce332 ich były ciepłe i przy blasku nagich mieczów zdobiących sklepienie pili oni miód w rogach bawolich. Jadali wątrobę wielorybią w miskach miedzianych kutych przez demony lub też słuchali niewolników czarodziejów, nakazując im dzwonić w kamienne harfy.

Są zmęczeni! Drżą z zimna. Śnieg ocięża ich skóry niedźwiedzie, a nogi ich wyzierają przez rozdarte sandały...

Płaczą za łąkami, gdzie na wzgórzach zielonych odpoczywali po bitwie, za okrętami, których dziób rozcinał góry lodowe, i za łyżwami, na których mogli suwać aż po biegun północny, nosząc na końcu ramion cały firmament krążący wraz z nimi.

Wichura śnieżna ich porywa.

Antoni pochyla wzrok w drugą stronę. I dostrzega czarne postacie na tle czerwonym, dziwne postacie, z podwiązanymi dłońmi i twarzą, które sobie rzucają kule, skaczą nawzajem przez siebie, robią grymasy, tańczą frenetycznie.