Izba jest pusta i pozostaje w niej tylko Naenia, baba stuletnia, która sama sobie szepcze skargę, jaką wyła przy śmierci starców. Ale wnet głos jej przeważają ostre krzyki. Są to
LARY DOMOWE349
ukryte w głębi atrium350, odziane w psie skóry, w kwiatach dokoła; zamknięte dłonie oparli na policzkach i płaczą ile mogą.
Gdzie jest dział strawy, którą nam dawano przy każdym jedzeniu, starania służącej, uśmiechy matrony, wesołość chłopców grających w kostki na mozaice podwórza? Potem, dorósłszy, zawieszali na naszej piersi swą gałkę złotą lub skórzaną.
Jakież to było szczęście, gdy w wieczór tryumfu pan powracając do domu, spoglądał na nas wilgotną powieką. Opowiadał swe walki, a ciasny dom był dumniejszy niż pałac i świętszy niż kościół. Jakie były lube uczty rodzinne, zwłaszcza nazajutrz po Feraliach351! W tkliwości dla umarłych znikały wszystkie niezgody i całowano się, pijąc chwałę przeszłości i nadzieje jutra.
Ale przodkowie z malowanego wosku zamknięci za nami z wolna pokrywają się pleśnią. Pokolenia nowe, aby się pomścić za rozczarowania, rozbiły nam szczęki; pod zębem szczurów kruszą się nasze ciała drewniane.
Niezliczeni bogowie czuwający u wrót kuchni, w piwnicy, w łaźni rozpierzchają się na wszystkie strony pod postacią wielkich mrówek albo ciem wieczornych.
CREPITUS352
daje się słyszeć
I mnie też niegdyś czcili. Składano mi ofiary. Byłem bogiem.