z goryczą:

O, szaleństwo, szaleństwo! Czyż to moja wina? Modlitwa jest mi niepodobna. Serce moje suchsze od głazu. Ono, co niegdyś przepełnione było miłością!

Piasek rankiem dymił na widnokręgu niby pył kadzidlany, o zachodzie słońca kwiaty ogniste rozlewały się po krzyżu, a wśród nocy często mi się zdarzało, że wszystkie istoty i wszystkie rzeczy, pogrążone w tym samym milczeniu, wraz ze mną uwielbiały Pana. O cuda kazań, o rozkosze ekstazy, o dary niebieskie, cóż się z wami stało?

Przypominam sobie podróż moją wraz z Ammonem366, w poszukiwaniu samotni dla założenia klasztorów. Był to ostatni wieczór; szliśmy obok siebie i przyśpieszaliśmy kroku, szepcząc hymny, nic nie mówiąc. W miarę jak zachodziło słońce, dwa cienie naszych ciał wydłużały się jak dwa obeliski rosnące ciągle, a wciąż idące przed nami. Za pomocą kijów oznaczaliśmy tu i ówdzie na ziemi krzyże, aby nakreślić miejsce pustelni. Noc nadchodziła powoli i czarne fale rozlewały się po ziemi, a niebo wciąż jeszcze różaną jaśniało barwą.

Gdy byłem dzieckiem, bawiłem się budowaniem cel samotniczych z kamieni. Moja matka w pobliżu na mnie patrzała.

Może mnie przeklęła za to opuszczenie. Może pełnymi garściami wyrywała swoje siwe włosy. A trup jej leżał rozciągnięty śród chaty, pod trzcinowym dachem, śród opadających murów... Przez otwór chrapiąca hiena wsuwa tam paszczę! O zgrozo, zgrozo!

Łka.

Nie, Amonaria jej by nie opuściła.

Gdzież teraz jest Amonaria?

Może w głębi łaźni zdejmuje suknię jedną po drugiej, naprzód odziewadło, potem płaszcz, potem pierwszą suknię i drugą lżejszą, wszystkie naszyjniki, a para cynamonem pachnąca oblewa jej nagie ciało. Kładzie się wreszcie na ciepłej mozaice. Włosy jej dokoła bioder tworzą niby czarne runo — i dusząc się w zbyt ciepłej atmosferze, przegina ciało i oddycha, wystawiwszy naprzód łono. Patrzcie! Znów się moje ciało buntuje. W boleści jeszcze żądza nieczysta mnie dręczy. Dwie męczarnie naraz to za wiele. Nie mogę już znosić samego siebie.