A wtedy najmłodszy ze wszystkich, siedmioletni Pepi Glückauf, który bał się zawsze jak ognia panny Eli, wysunął się niespodzianie naprzód i oświadczył odważnie, patrząc jej prosto w oczy:
— To nie jego wina! To ja go namówiłem!
Wspaniała zabawa
— Tak wspaniałej zabawy chłopcy nie pamiętali już od dawna.
Bo nawet zabawa z panem Piotrusiem miała zawsze jakiś ograniczony teren i możliwości i musiało się, gdzieś, w najgłębszym kąciku serca wiedzieć, że przecież to nie jest — „naprawdę”.
Terenem jednak tej zabawy stał się cały Lwów, udział zaś w niej przyjęło14 całe miasto!
Nudne i szare „codzienne” ulice zmieniły się nagle w pełną niebezpieczeństw i przygód dżunglę, a w dżungli polowały na siebie dwa plemiona czerwonoskórych: Polacy i Żydzi15... Na obydwa zaś plemiona polowało wojownicze i napastliwe plemię policji.
Co za możliwości!... Co za radość!... Co za nagła rozmaitość i barwność życia!...
Z ciemnej jaskini bramy przyczajony dowódca — Józek, patrzy w wyludnioną ulicę.
Każdy krok odbija się w jej ciszy groźnym, wprawiającym serce w rozkoszne drżenie echem.