Są upojeni szczęściem.

Jaka szkoda, że Piotrusia nie ma tu z nimi! On także musiał dzisiaj dokonać niejednego wspaniałego czynu!

Ale — co to? Żydowski sklep, w którym zapomniano spuścić żaluzje! Nieobroniona forteca wroga!

Kamień!

Trrrach!... I cała szyba wylatuje z łoskotem głośnym jak wystrzał!

„Zuchy! To się dopiero nazywa robota!” — Słyszą za sobą głosy. Kilku młodych panów z laskami i zielonymi wstążeczkami w klapach. Wesołe, miłe twarze, serdeczne spojrzenia — sprzymierzeńcy.

Jeden klepie po ramieniu promieniejącego z zadowolenia Janka, drugi sięga do kieszeni:

— Poczekajcie! Dostaniecie coś za to!

Wyjmuje garść zielonych kokardek i przypina je wszystkim.

Chłopcy są olśnieni.