Teraz — przekonali się!
Jeden z panów coś mówi, a Józek czuje, jak pięści jego zaciskają się kurczowo, krew tętni przyśpieszonym rytmem, a nienawiść do wrogów burzy się w nim i podnosi jak fala przesłania mu oczy czerwoną mgłą!
Nienawidzi ich! Nienawidzi tych nędznych tchórzy, tych lichwiarskich kupczyków!
To już nie tylko rozkosz bitki, krzyku i swobodnego rozmachu, ale rozkosz — zemsty!
Są mścicielami krzywd swego plemienia!
Mądrego, szlachetnego i mężnego plemienia, które nie pozwoli, by plemię pasożytów i śmierdzących pluskiew żywiło się jego krwią!
Nie! Nie pójdą dziś do świetlicy!
Trzeba do końca wyzyskać ten dzień walki, trzeba nasycić się jego niebezpieczeństwem i gorącym upojeniem zemsty! Trzeba jeszcze bić się, jeszcze krzyczeć, jeszcze niszczyć!
Kiedy wreszcie późnym wieczorem wpadają do świetlicy, są podnieceni, rozgorączkowani, żądni okrzyków podziwu i pochwał.
W maleńkim pokoiku, w którym zwykle przygotowuje się herbatę, siedzą opiekunowie. Przyszli dziś wszyscy, wszyscy oprócz Piotrusia.