Ale nie wyglądają na to, aby „wspaniała zabawa” przejmowała ich radością. A nawet twarze ich i postawa są tak szczególne, że chłopcy zatrzymują się w progu zdziwieni.
Pan Leon i panna Ela siedzą zgarbieni i ponuro wpatrzeni w ziemię, panna Joasia jest dziwnie rozgorączkowana, panna Zosia z biblioteki ma zapłakane oczy, a pan Stach stoi przy oknie, bębniąc w szybę, pogrążony w zamyśleniu.
Najdziwniejsze jednak ze wszystkiego jest to, że nikt nie zwraca się do chłopców, nikt ich nie pyta, gdzie byli, co robili i dlaczego tak późno przychodzą.
Nawet panna Joasia „nie martwi się”. Wskazuje tylko roztargnionym ruchem drzwi sąsiedniego pokoju i mówi:
— Wchodźcie chłopcy, zaraz będzie herbata — a potem dodaje z rozdrażnieniem — tylko nie hałasujcie i nie wbiegajcie tu co chwila, bo my jesteśmy zajęci!
Chłopcy są tak bardzo zaskoczeni tym niezwykłym przyjęciem, że tylko część ich, z nagła stropiona i przycichła, idzie za jej wskazówką. Reszta stoi stłoczona i jakby wyczekująca w drzwiach. Ale panna Joasia już o nich nie myśli. Zwraca się do pana Stacha i, kończąc widocznie jakieś zaczęte zdanie, mówi:
— Nie! Nie powinien był tego uczynić!
— Tak! — potwierdza panna Zosia. — Nie powinien był! Czyż kiedykolwiek spotkał się wśród nas z niechęcią, podejrzliwością czy uprzedzeniem do jakiegoś żydowskiego kolegi?! Albo czy robiliśmy jakieś różnice pomiędzy polskimi, żydowskimi lub ukraińskimi dziećmi?!
I czy można, a nawet czy wolno porzucać sprawę dlatego, że są tacy, którzy nienawidzą?!
— Ja bym nawet powiedziała, że to jest tchórzostwo! Tak! Tchórzostwo! — woła panna Ela.