— No „tchórzostwo” to już jest za wielkie słowo — odzywa się cicho pan Stach. — Piotruś jest bardzo wrażliwy i mocno odczuwa najdrobniejsze nawet ukłucie. A to, przyznajcie sami, nie jest już ukłucie, tylko pchnięcie nożem!

Na dźwięk imienia pana Piotra chłopcy drgnęli: czyżby Piotrusiowi stało się coś złego?! „Pchnięcie nożem”! Co to ma znaczyć?!

— Co jest z Piotrusiem?! Co jest z panem Piotrem?! Dlaczego nie ma pana Piotrusia?! — krzyczą przerażeni, tłocząc się wokół opiekunów.

— Nic... nic... dziś nie przyjdzie, bo jest trochę niezdrów — uspakaja ich pan Stach. — Idźcie do sali, chłopcy!

Ale inni opiekunowie nie zwracają na nich uwagi i sprzeczają się dalej ze sobą.

— A ja nie przestanę utrzymywać, że to jest tchórzostwo! — krzyczy panna Ela. — Bo po co tu jesteśmy?! Po co?! Żeby ich wychować na nowych, lepszych ludzi! Więc jeśli się ma taki cel, to nie wolno, jak Piotr, powiedzieć sobie, że wobec rozpętania nienawiści wszystkie wysiłki są próżne i porzucić towarzyszy! Nie wolno pisać, że ludzie to bydlęta, więc... Jak to tam jest w tym jego liście Joasiu?

— „Nie wrócę już do was...” — czyta matowym głosem trzymaną w ręku karteczkę panna Joasia — „...nie warto. Nic nie warto. Ludzie to bydlęta złe i okrutne, znajdujące rozkosz w dręczeniu i pastwieniu się. Kolega, którego szanowałem, uderzył mnie dziś w twarz. Widziałem, jak bito bezbronnych ludzi i jak niszczono stragany nędzarzy-przekupniów. Nie wiem, co jest w was samych i czy nasi chłopcy...”

— Nie teraz, Joasiu! — przerywa jej pan Stach.

Ale pan Leon, który spojrzał przypadkowo na chłopców, zrywa się nagle, jak ukłuty szpilką i woła:

— Co... Co wy tam macie poprzypinanego do kurtek?!