— To zielone wstążeczki! — mówi, wypinając dumnie pierś, Janek.
A Franek uzupełnia z nie mniejszą dumą:
— Dostaliśmy za wybicie szyby w tym wielkim sklepie na rogu Sykstuskiej: jeden pan, zdaje się akademik17, sam nam przypiął!
I oto staje się rzecz dziwna:
Wśród opiekunów zapanowuje martwa cisza. Taka cisza, że chłopcom robi się coraz bardziej nieswojo i markotno. I wśród tej ciszy panna Zosia wybucha naraz głośnym, dziecinnym płaczem i jak uderzone dziecko ucieka za przegródkę, gdzie stoi maszynka do herbaty i garnuszki. A tak zwykle spokojny i flegmatyczny pan Leon, cały czerwony z gniewu krzyczy:
— Zdejmijcie to natychmiast! Słyszycie?! Zdejmcie to natychmiast!
I zrywając pierwszemu z brzega chłopcu kokardkę depcze ją z wściekłością nogami.
Ale teraz chłopcy wpadają w gniew.
Poniewierać ich odznaki, które otrzymali za męstwo! Kazać je im odrzucać! Nie! Nigdy! Nie zdejmą tych kokardek!
Opiekunowie i chłopcy stoją naprzeciw siebie jak dwa wrogie obozy.