I Józek wie, że pan Stach ma słuszność, ale ta świadomość drażni go tylko i gniewa.
Bo czyż tu w ogóle chodzi o „słuszność” albo o to, żeby komuś nie stała się „krzywda”?
Czyż nad każdym bólem trzeba się tak rozczulać?
Józek nie umie tego wyrazić, ale czuje, że najważniejszy jest cel i walka. Wspaniała, męska, twarda i bezlitosna walka z obcym plemieniem! Wszystko jedno nawet, czy słuszna czy niesłuszna! Słuszne jest zawsze pójście ze swoją gromadą! Słuszna jest solidarność z nią — na śmierć i na życie!
I tam, na ulicy, Józek czuł to. Czuł to wszystkimi fibrami serca, wszystkimi mięśniami ciała! I wszyscy wokół niego czuli tak samo! I nie było pytań, wahań, rozterki, całej tej obrzydliwej słabości!
Ale tutaj są. Wyłażą ku niemu z każdego kąta. Podkopują jego poczucie zadowolenia i sprężystej, niezłomnej siły.
I kiedy Janek krzyczy panu Stachowi, że „wszyscy Żydzi są oszuści i złodzieje!”, to Józek nie doznaje wcale ulgi, tylko ma nie wiadomo dlaczego ochotę zawołać — „dureń”!
A jeszcze w dodatku ten list Piotrusia i te dziwne słowa panny Eli!
Ten list i te słowa, których Józek nie chce rozumieć!
I żeby zagłuszyć to wszystko, Józek woła nagle głośno i zuchwale, choć wie już dobrze, że to przecież nieprawda: