— Gdyby Piotruś tu był, to byłby z nami!
— Tak! Tak! — krzyczą chłopcy. — Gdyby Piotruś tu był, to sam by nam przypiął te wstążeczki!
— Piotruś?! — woła, drżąc z gniewu, panna Joasia. — Pan Piotruś nigdy już tutaj nie przyjdzie!
— Co?! Co takiego?! — Chłopcy patrzą na nią osłupieli i przerażeni.
Pan Piotruś już nigdy do nich nie przyjdzie?!
Nie! To nieprawda! Co mu się stało?! Dlaczego?!
— Dlaczego?! — krzyczy panna Joasia, która staje się nagle zupełnie niepodobna do siebie, dziwnie twarda, bezlitosna i jakby wyższa i starsza. — Dlatego, że to wyście go stąd wypędzili!
— Joasiu! — mówi pan Stach. — Joasiu!
Ale panna Joasia nie zwraca na niego uwagi.
— Wy i ci, którzy wam przypięli te wstążeczki! Pan Piotruś jest Żydem. Ale pan Piotruś wierzył dotychczas, że wszyscy ludzie są braćmi. Jest poetą i widział w marzeniu nowy, lepszy i piękniejszy świat. Kochał was. Poświęcał wam każdą wolną chwilę. Razem z nami wszystkimi walczył o nową, lepszą przyszłość dla was. Ale dzisiaj znieważono go. Sponiewierano go, słyszycie?! I widział, jacy źli, jacy okrutni są ludzie. I może przeczuł także, że wy, „jego chłopcy”, jego „wolny lud puszczy”, jego „rycerze Okrągłego Stołu”, przypniecie także zielone wstążeczki i będziecie cieszyć się, że oto możecie nareszcie bezkarnie niszczyć, bić i krzywdzić! I przestał wierzyć. Nie wierzy już wam, ani nam, nie wierzy nikomu, może nawet nie wierzy sobie. I nie chce już tu wrócić. Teraz już wiecie. Wiecie teraz?!