Chłopcy milczą oszołomieni, zdjęci grozą wobec tych okrutnych, niezupełnie zrozumiałych, i jakby, mimo wszystko, niezupełnie sprawiedliwych słów.

Właściwie wiedzieli, ale tak tylko jakoś „na wpół wiedzieli”, że Piotruś jest Żydem. Nie zastanawiali się jednak nigdy dotychczas nad tym i nawet jakoś „na śmierć” o tym zapomnieli.

I teraz nagle — Piotruś odchodzi od nich.

— Jezus Maria! — woła, chwytając się za głowę, Józek. — To nieprawda! To nie może być!

— I... i może go nawet zranili! — woła Fed’ko i wybiega ze świetlicy, a za nim wszyscy chłopcy.

Nie porozumiewają się ze sobą, ale wiedzą dobrze, dokąd biegną. Nie było wśród nich wszakże ani jednego, który by, siedząc na kulawym krzesełku w studenckim pokoiku pana Piotra i popijając herbatę zrobioną na żelaznym piecyku, nie opowiadał mu o jakimś swoim ciężkim strapieniu, na które nikt prócz Piotrusia nie może poradzić.

Ale mieszkanie pana Piotrusia jest daleko od świetlicy i zmęczeni całodzienną bieganiną chłopcy coraz bardziej zwalniają kroku.

Jest już późny wieczór i w oddalonej od śródmieścia dzielnicy gdzieniegdzie tylko błyszczą latarnie.

Opustoszałe wskutek rozruchów ulice mają wygląd dziwnie ponury.

Trzech konnych policjantów przejeżdża wolno, rozglądając się uważnie wokoło.