Zapodział się gdzieś i znikł bez śladu urok walki i przygody.
Krzyk jakiegoś napadniętego w bocznym zaułku przechodnia szarpnął chłopcami śmiertelną obawą.
Może ten przechodzień to Piotruś?! Może to Piotruś wyszedł na ulicę? I chłopcy rzucają się w tę stronę, ale nie ma już nikogo. Słychać tylko z daleka tupot nóg po bruku i widać jakiegoś człowieka, który trzymając się oburącz za głowę, wpada do bramy.
— Głupstwo! — usiłuje głośno sam siebie uspokoić Fed’ko. — Przecie Piotruś nie ma z tym nic wspólnego!
— Z czym? — pyta Kazik.
— No z tym oszukiwaniem, wyzyskiwaniem i w ogóle... Za co by go mieli napadać?
— A za co go rano napadli? — pyta Janek, a po tym dodaje ciszej. — A za co myśmy napadali?...
— To żeby ich wszystkich nauczyć! — usiłuje wytłumaczyć Franek. — Żeby raz na zawsze wiedzieli!
A wówczas Józek słyszy ze zdziwieniem, jak Janek powtarza słowa pana Stacha:
— No, to trzeba by także bić wszystkich Polaków i Ukraińców, jak się między nimi bandyta albo oszust znajdzie. A weź tylko gazetę do ręki, to zobaczysz, że się znajdzie.