— Nie zapomnijcie tylko Piotrusiowi wstążeczek pokazać: ucieszy się bardzo i zaraz z wami poleci do świetlicy!
— A ty nie zapomnij pyska zamknąć, bo ci go inni przymkną! — słyszy życzliwą odpowiedź.
Ale po drodze, nieznacznie i niespostrzeżenie, zielone kokardki znikają jedna po drugiej.
Na jakimś rogu, mały żydowski chłopczyk płacze głośno. Z nosa idzie mu krew, którą rozmazuje rękawem po całej twarzy, a obok niego leży wdeptany w błoto chleb.
Józkowi przypomina się Salek. On także wraca zwykle o tej porze z chlebem dla matki. Gdzież jest właściwie ten Salek? Nie widzieli go dziś od rana. I znowu czuje to samo szarpnięcie obawy. Widocznie tak jakoś, sam nie wiedząc kiedy, polubił tego Żydziaka. I znowu jakby bez udziału swej woli, niespodzianie dla samego siebie, pyta malca:
— Kto cię tak urządził, co?
Chłopiec zaczyna coś szwargotać w żargonie, zachłystując się łzami, ale nagle podnosi oczy na Józka i na skupioną wokół niego gromadkę, z okrzykiem przerażenia zasłania się ręką, jakby przed uderzeniem i rzuca się do ucieczki.
— A to durny! — mówi ze złością Józek i chłopcy idą w milczeniu dalej.
Głośno turkocząc toczy się powoli po bruku dorożka. Dwóch ludzi podtrzymuje trzeciego, którego głowa obwiązana jest białym bandażem. Dorożka znika na zakręcie.
— To jakiegoś akademika tak poharatali — objaśnia ktoś kilku zebranym gapiom. — Podobno wlazł między polską i żydowską bojówkę i chciał do zgody namawiać!