— Ale że miał odwagę, to miał! — opowiada jakaś starsza kobiecina. — Tu stoją, moja pani jedne, a tu jakby drugie z pałkami, a ten wlazł między nich sam jeden bez broni. Nie nosił kapelusza, a głowę to miał taką jak święty Jerzy na obrazie!
— Nie plotłabyś pani! Zdaje się, że to był Żyd!
— Żyd czy nie Żyd, dobrze mu tak! Niech nie pcha nosa między drzwi!
Józek czuje znowu, jak krew łomocze mu w skroniach, a serce rozszerza się jak wówczas, gdy słuchał z rana pana z zieloną wstążeczką, tylko jednocześnie — zupełnie inaczej.
„To jest właśnie ta sprawa, o której mówiła panna Ela — myśli w nagłym olśnieniu zrozumienia — ta ich »sprawa«! Sam jeden. Przeciw wszystkim. Nie z gromadą, tylko z Prawdą!”
A potem nie wiadomo dlaczego, przypomina sobie to, co pan Stach opowiadał kilka dni temu o Galileuszu18. Jakże to on wołał, sam jeden, ze swoją Prawdą wobec przemocy? A jednak się rusza! A jednak się rusza!
A potem nagle obraz tego rannego w dorożce i straszliwy, podnoszący włosy lęk:
— Piotruś! — krzyknął — Chłopcy! Przecież to musiał być Piotruś!
Biec za dorożką? Nie ma sensu! Trzeba do niego do domu! Jak najprędzej!
I znowu chłopcy biegną, ile sił i tchu starczy!