Co za straszny dzień!
Ale oto już brama domu Piotrusia. Dozorca próbuje im zagrodzić drogę:
— A to co znowu?! Dokąd to?!
Odpychają go bez ceremonii i pędzą na górę całą gromadą, aż schody dudnią.
Józek jest pierwszy. Drżącą ręką puka do drzwi.
Ale z wewnątrz nikt się nie odzywa.
Wtedy Józek puka mocniej i jeszcze mocniej, a wreszcie, w śmiertelnym przerażeniu, poczyna walić w nie pięściami, nogami, jak się da.
— Kto tam?! — Drzwi roztwierają się i staje w nich cały i zdrowy pan Piotruś.
I oto sam, nie wiedząc, jak do tego przyszło (bo przecież nie przywykł do takich czułości), Józek zawisł na jego szyi, a ramiona pana Piotrusia objęły go mocnym, braterskim uściskiem. Ale po chwili, odepchnięty przez innych już odleciał w bok i pan Piotruś znalazł się na schodach w stłoczonej wokół niego gromadzie, ściskających go chłopców. Nie mówił nic. Ani słowa. Tylko, gdy tak jeden po drugim brali go w ramiona, patrzył na nich dziwnie zmieszany, takim jakimś szczególnym wzrokiem, jakby ich widział po raz pierwszy. Kiedy jednak mały Pepi Glückauf, który nie mógł się do niego docisnąć, chwycił go za nogę i przytulił do niej swoją kędzierzawą główkę, pan Piotruś odwrócił się gwałtownie i plecy jego zadrżały, jak gdyby wstrząsnął nimi szloch. Ale że Piotruś był za duży, żeby płakać, więc powiedział tylko, nie odwracając się, głosem, który dziwnie się załamywał:
— No to... Co tu będziemy stali na schodach, chłopcy? Chodźcie do środka!