— I jedno ja panu jeszcze powiem, panie Piotrusiu! Jakeśmy tu szli, to wieźli dorożką jakiegoś akademika, który rzucił się sam jeden między polską a żydowską bojówkę i wołał, że tak niby nie wolno, że tak się nie robi między ludźmi. Więc jak myśmy zobaczyli tego rannego, to myśleliśmy, że to pan i biegliśmy tu bez tchu, jak te wariaty! A teraz, to ja panu powiem, Piotruś, że ja bym wolał, żeby... żeby to pan był tym rannym tam!

Tego to już chłopcom było za wiele.

— Widzieliście no coś takiego!

On by wolał, żeby Piotrusia zranili!

Za siebie mów, nie za innych!

Jakeś taki19, to po coś tu z nami leciał, że mało nóg nie połamałeś?!

Ale pan Piotruś nie gniewał się.

Stał chwilę ze spuszczoną głową, podszedł do Józka, wyciągnął do niego rękę i powiedział cicho:

— Dziękuję ci, Józek.

A potem, nie podnosząc wciąż oczu: