— I wam wszystkim, moi chłopcy, i wam także! Bo, widzicie, muszę się wam do czegoś przyznać. Nie znałem was dotychczas. Nie doceniałem was. Sądziłem, że wy pierwsi, jak taka rzecz będzie na ulicy, że wy... wstyd powiedzieć! Przepraszam was! Przepraszam was, moi chłopcy!
Chłopcom wydało się nagle, że ziemia pali im się pod nogami. I gdyby pan Piotruś podniósł w tej chwili oczy, to może domyśliłby się czegoś, bo stali jak na rozpalonych węglach, czerwoni, zmieszani, nieprzytomni ze wstydu...
I już Janek chciał coś powiedzieć, do czegoś się przyznać, ale Józkowi wydało się nagle, że nie powinien do tego dopuścić.
Nigdy! Za żadną cenę!
Wydało mu się, że tu nie wolno ulżyć sobie wyznaniem, choć to byłoby może najłatwiej, bo oto Piotruś...
Więc krzyknął:
— No to jak iść, to iść! — i roztworzył drzwi.
Cygan
Miał dwanaście lat, ale nie wyglądał nawet na dziesięć. W zawodzie ulicznego grajka — rzecz bardzo korzystna. Im mniejszy bowiem i szczuplejszy jest chłopczyk, który, zagrawszy uprzednio na podwórzu kilka bardzo rzewnych melodii, zaśpiewa piosenkę o sierocie wypędzonej przez macochę lub żalącej się nocą na grobie matki, tym więcej zawiniętych w papierki groszaków sypie się z okien domów. Ale mimo swego „korzystnego” wyglądu nie zarabiał wiele. Było w jego smagłej cerze, ogromnych, posępnych lub bezczelnie natarczywych czarnych oczach i gardłowym głosie o cudzoziemskim akcencie coś obcego, coś niebudzącego ani współczucia, ani zaufania.
Czy był naprawdę (jak twierdził) sierotą, czy też przywędrował tu z jedną z tych kobiet, które wchodzą lekkimi, skradającymi się krokami (obejrzawszy się uprzednio ostrożnie, czy dozorcy nie ma w pobliżu) na kuchenne schody domu, by powróżyć służącym? Nie wiadomo. W każdym razie pewne jest, że, jeżeli nawet spotykał się gdzieś w nocy z matką, to przez cały dzień musiał się sam troszczyć o siebie. I to nie tylko o swe wyżywienie, ale i o obronę. Musiał być bowiem ciągle czujny, ciągle gotowy do ucieczki lub odparcia napaści. Był niby kanarek wypuszczony między wróble, dziobiące się wprawdzie między sobą o ziarno, ale zawsze gotowe do wspólnego zadziobania obcego przybysza.