Ale Cygan ani myślał ustąpić.
— To moja kolej! Ty będziesz potem, Fed’ko. To moja kolej teraz!
Fed’ko aż zatrząsł się z gniewu, ale niewiarygodne zuchwalstwo Cygana odebrało mu niemal mowę: ten łazęga, ten miukacz podwórzowy, chce jego, Fed’kę, w kolejce wyprzedzać! Nie, to się po prostu w głowie pomieścić nie mogło!
— Widzieliście no, moi kochani! — zwrócił się tylko do kolegów.
I dziwna rzecz. W mgnieniu oka, niby prąd iskry elektrycznej, gniew Fed’ka udzielił się całej świetlicy.
Gdyby Cygan poprosił Fed’kę lub któregokolwiek z nich: „dajcie i mnie się choć trochę pobawić!”, to na pewno każdy z nich ustąpiłby mu wspaniałomyślnie na parę chwil swojej rakietki. Ale żeby taki Cygan, taki włóczęga, przygarnięty przez nich z litości, dopominał się u nich, u swoich, można powiedzieć, gospodarzy jakichś praw! I żeby taki „pogan” pchał się do równości i do koleżeństwa z nimi!
Odżyły nagle drzemiące gdzieś w głębi serc wspomnienia Cyganek wypędzanych brutalnie, o ile nie przeszkadzał temu przesądny strach lub ciekawość, od progów najnędzniejszych nawet domów i sklepików.
Obozów cygańskich, którym wyznaczano we wsi pewne ściśle określone miejsce z surowym zakazem włóczenia się po chałupach.
Kradzieży, łotrostw i „uroków”, które składano na ich barki.
I oto — kolega się znalazł! O „swoją kolej” się upomina!