Posypały się jak grad wyzwiska, gwizdy uciechy, szyderskie okrzyki zachęty:
— Dobrze! Nie daj się, Cygan! Przecie tu wszystko twoje! Co będziesz takiego Fed’kę przed sobą puszczał!
Ale Cygan stracił nagle swoją zwykłą czujną ostrożność, swoje wyczucie każdego grożącego niebezpieczeństwa i trwogę przed każdym starciem. Stał naprzeciw nich i zachłystując się łzami, krzyczał, jak nieprzytomny, tupiąc nogami w prawdziwym szale wściekłości:
— To moja kolej! To była przecież moja kolej! — a potem jakby nagle przypominając sobie coś i wysuwając ostatni argument — I pan Piotruś przecież powiedział, że ja jestem... że ja jestem także... kolega!
I wtedy cała świetlica wybuchnęła śmiechem. Złym, szyderskim, smagającym jak bicz śmiechem. Chichotano, pokładano się, zanoszono się, po prostu „ryczano” ze śmiechu.
Cygan przestał płakać i krzyczeć.
Jego czarne oczy zwęziły się, ruchliwa smagła twarzyczka stężała, na dziecinnym czole wystąpiła podłużna ciemna żyła, a białe zęby błysnęły jak u wilczka. Jeden skok i — Cygan rzucił się na Fed’ka.
Rzucił się na niego, zapominając o wszystkim.
O tym, że jest mały i słaby, i o tym, że jest sam i że jest przecież — tylko Cyganem. Nawet o skrzypcach.
Ale wtedy... tak, wtedy rzuciła się na niego zgodnie, z rzadką naprawdę solidarnością, cała świetlica: Polacy, Rusini, Żydzi i nawet grzeczny i układny Niemczyk, mały Pepi Glückauf.