Nie. Właściwie nie bito go. Popychano go tylko pięściami, rzucano go sobie jak piłkę, bawiono się nim w ping-pong’a w jakiejś okrutnej pół zabawie, a pół bójce.

Była jednak w tej „grze” taka zacięta wściekłość, że pan Piotruś na próżno usiłował ich przekrzyczeć i utorować sobie drogę do Cygana przez skłębiony tłum chłopców.

W pewnej jednak chwili usłyszał coś, jak trzask drzewa i jęk pękających strun, a potem — krzyk. Krzyk tak straszny i tak nieludzki, że nie tylko pan Piotr pobladł i cofnął się, ale wszyscy chłopcy odskoczyli od Cygana przerażeni i w świetlicy zrobiło się nagle zupełnie cicho.

Cygan stał na środku pokoju sam.

Jego smagła, ściągła twarzyczka była teraz biała jak papier, a szeroko rozszerzone oczy wpatrzone z wyrazem tępego zdumienia i przerażenia w skrzypce.

Trzymał je w wyciągniętej przed siebie ręce, jak coś martwego, czego obawia się dotknąć.

A potem powoli, wciąż z tym samym wyrazem tępego zdumienia i grozy w oczach, zbliżył je do siebie i ostrożnie, jak gdyby dotykał ran, dotknął końcami drobnych, smukłych palców, zerwanych strun i strzaskanego drzewa. I nagle, z krzykiem straszniejszym jeszcze i bardziej przejmującym niż poprzedni, krzykiem, w którym brzmiały jakieś obce i nieznane wyrazy rozpaczy czy bólu, odrzucił od siebie skrzypce, uderzył głową w drzwi tak, że się przed nim roztworzyły i wypadł na ulicę.

Chłopcy i pan Piotr stali jak wmurowani w ziemię, nie śmiejąc odezwać się i poruszyć.

Pierwszy ocknął się Józek.

— Trzymać go! Trzymać! Nie wypuszczać! — krzyczał i rzucił się za Cyganem, a za nim cała świetlica.