Na próżno jednak rozbiegli się po wszystkich ulicach, na próżno zaglądali do bram, na próżno przetrząsali całą dzielnicę — Cygan zniknął, jak gdyby się w ziemię zapadł.

Wieczorem wrócili na herbatę zmęczeni i milczący.

Nikt nie żartował, nikt nie bił się, nikt nie kłócił się o drugą porcję chleba. Jedli w milczeniu, wpatrzeni ponuro w swoje kubki, od czasu do czasu zerkając tylko ukradkiem na pana Piotra, który siedział przy oknie z książką, nie zwracając na nich uwagi, jak gdyby ich w ogóle w świetlicy nie było, i — nic. Ani słowa. Jakby go zamurowało. Że aż nie wiadomo było, gdzie się podziać, że aż znieść tego nie było można!

Wreszcie Józek odważył się pierwszy.

— Panie Piotrusiu — powiedział.

— No? — zapytał obojętnie pan Piotr, podnosząc znad książki oczy chłodne i jakby nikogo niewidzące.

— Ile my mamy w naszej kasie?

— Koło 45 złotych.

— A... a czy za to można kupić skrzypce?

Wszyscy chłopcy drgnęli i nagle podnieśli oczy.