— Można — odburknął niechętnie pan Piotr.

— No to... — zawołał Moniek, który siedział skurczony nad swoim kubkiem i nie tknął nawet jeszcze chleba — no to... załatwione!

Ale pan Piotr spojrzał na niego z taką zimną pogardą, że Moniek skulił się jeszcze bardziej, jak pod uderzeniem pięści.

I odtąd chłopcy zaczęli czekać na Cygana. Właściwie nie mówiło się o nim wcale. Tylko kiedy przychodziła ta pora, o której zwykle wpadał do świetlicy Cygan, wszyscy podnosili głowy za każdym skrzypnięciem drzwi.

I nikt już nie nucił.

I nikt nie chciał bawić się w ping-pong’a.

Mijały dnie. Cygan nie wracał. Ale (dziwna rzecz) nie można się było do tej jego nieobecności przyzwyczaić.

W świetlicy było przecież niby tak ciasno i tłoczno, a jednak miało się ciągle wrażenie, że jego miejsce jest puste i że nikt nie może go zająć.

Było to tak, jak gdyby nagle wytworzyła się niczym niezapełniona próżnia. Bo niby krzyczą chłopcy, rozmawiają, sprzeczają się, ale poza tym wszystkim zamiast muzyki Cygana jest tylko dzwoniąca cisza.

Pewnego wieczoru w świetlicy było dziwnie szaro, smutno i nudno.