Padał taki sam deszcz ze śniegiem, jak wówczas, kiedy Cygan przyszedł do nas po raz pierwszy. Kilku chłopców przewracało, ziewając, stare pisma ilustrowane. Kilku grało w domino, ale tak jakoś niedbale i od niechcenia, nie patrząc niemal na kostki.

Pan Piotruś i Józek stali przy oknie.

Przez zamazane szyby ledwie było widać skrawek wciśniętego między mury kamienic podwórka. Ale oni stali już od godziny, jakby wyglądali kogoś, kto musi dzisiaj nadejść. Nikt jednak nie przychodził i wreszcie Józek nie mógł już dłużej znieść tego milczenia i wybuchnął:

— A przecież lubiliśmy go wszyscy!

— Tak! Wszyscyśmy go lubili! — zawołał Fed’ko i gwałtownie odsunął od siebie szachownicę.

Pan Piotruś uśmiechnął się blado.

— Tak. Lubiliście go. Póki nie poczuł się równy wam i bliski i nie zaczął się upominać o swoje prawa. To bywa, moi chłopcy, to bywa.

— Ale przecież on pierwszy zaczął! Przecież wszyscy mogą zaświadczyć, że pierwszy!

— No tak, moi chłopcy, no tak. Skrzywdzony zaczyna zawsze pierwszy.

Deszcz uderzał miarowo o szyby i ściekał po nich dużymi kroplami, roztapiającymi się w długie, srebrne strumyczki. A cisza w świetlicy dzwoniła natrętnie, dokuczliwie, nieznośnie.