O tym, jak to będą wszyscy pracować dla wszystkich, dla tego wspólnego, gromadzkiego dobra i jaka to musi być u nich zgoda i wzajemna pomoc, i szacunek, i zaufanie, żeby ich działka wszystkim świeciła przykładem.

Nie brał też nigdy udziału w dyskusjach chłopców, którzy już się za czuby często brali, sprzeczając się nie tylko o to, czego i ile będzie się siać, lecz nawet o to, czy obsadzą altankę powojem czy dzikim winem...

A kiedy panna Joasia zagadnęła go wprost o przyczynę tej obojętności, odparł:

— My tu baju baju, a miasto taki ziemi nam nie da! Ja będę gadał, jak zobaczę odmierzoną parcelę i paliki!

Ale tu już Janek, który chłonął każde jej słowo, nie mógł wytrzymać z tej irytacji:

— A cholera by cię wzięła z tymi palikami! Ta zdurniał chłopak czy co?! Przecie ci powiedziała pani, że za parę dni się odmierzy!

Ale Franek uśmiechnął się tylko krzywo i burknął:

— Jak się odmierzy, to się będzie gadać!

Więc pan Stach pokiwał głową i powiedział:

— Źle to jest, Franku, że tobie tak się o te paliki rozchodzi. Bo widzisz, jaka to jest ta ziemia, którą dostaniecie? Gminna ziemia, całego Lwowa, gromadzka. I to sobie jeszcze musisz rozważyć, Franek, po co Towarzystwo Ogródków Działkowych tę ziemię chce uprawiać. Oto widzisz chce, żeby ta ziemia, na której są teraz tylko cuchnące śmietniska, stała się parkiem dla dzielnic nieposiadających ogrodów. Taka dzielnica żółkiewska27 na przykład: brud, smród, prawdziwa zaraza. Robotnik, gdy wróci po pracy, a wyjdzie przed dom, łyku świeżego, ożywczego powietrza złapać nie może. W pyle, gnoju i zaduchu bawią się dzieci i wyrastają na ludzi chorych i złamanych. Więc nasze miasto pragnie, by nie tylko każdy człowiek mógł mieć kawałek ziemi, a na niej jarzyny, kwiaty i drzewka owocowe, ale żeby z tych działek powstał park, w którym wszyscy ludzie mieliby trochę zieleni, kwiatów i nieba.