— Bo też — roześmiał się pan Stach — to jest tak nawet po trosze naprawdę. Ten mały odcinek to jest plac boju, na którym świetlica musi wygrać swoją walną bitwę. A te sąsiednie odcinki o tu, widzicie, z prawa i z lewa, to nie jakaś „ziemia obcych ludzi”, ale bratnie placówki tych wszystkich, którzy ramię przy ramieniu z wami będą walczyć o piękno i zdrowie naszego miasta. No więc jak, Franku, czy są naprawdę takie ważne te „paliki”?
Franek patrzył pochmurnie w ziemię.
— A bo, proszę pana, ja zrozumiałem, że to, co pan mówi, jest dobre. Ale tak mi się jakoś zdaje, że ta ziemia to nie będzie taka zupełnie nasza, że nie będziemy na niej tak zupełnie gospodarzami.
— Dlaczego, Franku?
— A bo, widzi pan, np. te kwiatki, co to nimi trzeba każdą działkę obsadzić, albo ten kawałek drogi, który każdy musi przez swoją działkę przeprowadzić... Nie o to, żebym nie chciał, ale co mi ma kto na mojej ziemi rozkazywać?!
— Widzisz, Franek, — tłumaczył pan Stach — to jest tak, że jak się chce, żeby na świecie było dobrze, to trzeba zawsze z tego swojego prawa gazdowania trochę ustąpić: trudno. Ale za to zyskuje się inne, większe gospodarstwo. Bo przecież stajesz się jakby współgospodarzem całego tego obszaru. A przez to znowu, że na nim pracujesz, bierzesz udział w pracy dla całego miasta. I jesteś nie tylko jego robotnikiem, ale i świadomym, zmieniającym jego oblicze i wygląd gospodarzem.
Franek westchnął ciężko.
— To jest prawda. Ja nie mówię, że nie. Ale ja bym chociaż chciał wiedzieć, odkąd dokąd będzie ta moja praca i ja bym chciał, żeby tej ziemi, na której my będziemy robili, było jak najwięcej. Bo jak to będzie taki mały kawałeczek, co go wcale nie widać, to ci sąsiedzi powiedzą: tylu chłopaków, a patrzcie, co zwojowali! A oprócz tego, to jak ja nie mam swojego pola odgrodzonego, to ja nie mogę wierzyć, że to już jest murowane, że to nie jest tylko taka... „pogadanka”...
I Franek dalej odnosił się do całej sprawy nieufnie.
Dopiero kiedy panna Joasia zamówiła już chłopa z pługiem i z broną, Franek nagle spoważniał: sprawa zaczęła nabierać w jego oczach ciężaru i wagi...