Pług i brona... Tak, teraz można się było naprawdę z tym liczyć...
I ku zdumieniu wszystkich oświadczył:
— Ale z tym chłopem, to ja już sam pójdę. Wiadomo, jak to się robi na cudzym...
Dzień był pogodny i jasny, choć trochę chłodny.
Wbrew swemu zwyczajowi Franek nie puszczał po drodze pary z ust, choć go panna Joasia kilka razy zagadywała. Odmrukiwał tylko z grzeczności ni to ni owo. Na rogatce spotkali się z chłopem i z inżynierem z Towarzystwa Ogródków Działkowych. Jednakże na parceli nie było wbitych „palików”, a inżynier oznaczył przestrzeń jakimiś starymi, znalezionymi na pastwisku blaszankami.
Nie widziało się to jakoś Frankowi. Zapytał jednak z głupia frant:
— No, a jak nie utrafimy i ździebko więcej się zaorze?
Inżynier uśmiechnął się lekko:
— Nie będziemy się przecie wadzili o jedną skibę — powiedział. — Ale nie wiem, czy i tyle w jeden dzień zrobicie, a jutro już się dokładnie odmierzy.
Franek gwizdnął tylko, roześmiał się szelmowsko i huknął na chłopa: