— Patrzcie no, patrzcie, moi ludzie! Jak tylko pamiętam było tu pastwisko, a teraz będzie pole...
A potem dodała z nabożną powagą:
— Zawsze co pole, to: pole!...
Ale Franek nawet nie drgnął.
Szedł bez czapki, spokojny i jak gdyby nagle wyższy, z twarzą nie tą samą, całą stężałą w skupieniu.
Panna Joasia poczuła się nagle dziwnie onieśmielona i zbyteczna.
Jak gdyby tylko Franek i ta ziemia należeli do siebie, a ona, jego opiekunka, która przecie zawsze dotychczas nim kierowała, której się we wszystkim słuchał i radził, była tu obca i niepotrzebna.
Więc żeby jakoś uratować sytuację, krzyknęła na Franka:
— Ażebyś mi tu cały dzień nie pracował o głodzie, tylko tak jak ci powiedziałam, o dwunastej przyszedł do mnie na obiad!
Ale Franek wzruszył ramionami: