Jeden tylko Gotfryd milczał.
Zapytał go tedy król Zygmunt, który z dobrotliwym uśmiechem zabawie rycerzy się przysłuchiwał:
— No a ty, Gotfrydzie, jakiego czynu gotów byłbyś na cześć córki mej, księżniczki Roksany, dokonać?
— Myślę nad tym, najjaśniejszy panie — rzekł Gotfryd — ale doprawdy nie mogę znaleźć niczego, co godne by było złotowłosej pani mojej. Chyba że poszedłbym dla niej po zaklęty kwiat ametystu? Ale wydaje mi się, że i ten czyn byłby zbyt mały, by być jej godnym?
— Cóż to za zaklęty kwiat ametystu? — zapytał zdziwiony król. — Nigdy o takim nie słyszałem.
— Czy być może, królu? — rzekł Gotfryd. — A przecież kwiat ten rośnie na granicy twego państwa, na wysokiej górze, zwanej „Niedostępną”. Posadził go tam król gór i otoczył weńcem olbrzymich ogni, których pilnuje córka jego, wróżka Wiwiana. Ten tylko rycerz zerwać go może, który bez lęku przez ogień ów przejdzie. Jeśli jednak zadrży mu choć na chwilę serce, gdy w płomienie będzie wstępował, spalą go one na popiół.
— Słyszałem i ja o tym kwiecie — rzekł stary burgrabia zamkowy. — Pręciki jego są złote, płatki mają barwę i przejrzystość ametystu, a liście mienią się wszystkimi barwami tęczy. Kwiat ten ma nadto moc czarodziejską i ten, który go posiada, rozumie mowę kwiatów, drzew i ptaków: może jednym jego dotknięciem przywracać zdrowie chorym, czynić urodziwymi szpetnych i młodymi starców. Zaiste piękny to czyn obmyślił Gotfryd ku czci naszej księżniczki!
Ale Arnold z Trevilu, który nie mógł nigdy darować Gotfrydowi, że ten pacholęciem jeszcze będąc pokonał go w oczach króla i wszystkich rycerzy, przebrawszy swoim zwyczajem miarę w kielichach, roześmiał się grubiańsko i tak się z Gotfryda wyśmiewać począł:
— Prawdę rzekł burgrabia, że piękny obmyślił Gotfryd ku uczczeniu swej damy czyn. Choć prawdą jest i to, że łatwiej przy kielichu się przechwalać, niż uczynić to, co się obiecało!
Pobladł z gniewu Gotfryd, a król Zygmunt do Arnolda się odezwał: