Opowiedziała mu zaraz wszystko. — Chłonął to w siebie, zaciskając jej dłonie w rękach: patrzył na kochaną, drogą twarz, napiętnowaną męką wielkiego upokorzenia.
Długo, długo milczał. Wpatrywała się w niego przez łzy i ból — niepewna. On zaś ogarnął ją po prostu ramieniem i począł całować, zacałowywać po umęczonej, mokrej od łez twarzy.
— To ty! — powiedział — ty, moja żona, matka naszego synka!
Zapłakała wtedy żałośnie, a on się wtem roześmiał serdecznym śmiechem.
— Ty głuptasku!! Chcę przecież tylko powiedzieć, że taki zuch zawsze byłaś! W tej fabryce i w całym życiu: taka mądra, harda, twarda!... I naprawdę — nawet taka jak ty — potraficie kobiety takie głupstwa przez miłość do chłopa robić! Ani trochę cię mniej nie będę kochał przez tego tam wściekłego psa! Co mi tam! Przyjdzie czas się z nim porachować!... Ty rzucisz tę pracę tam. Jeszcze biedniej nam będzie: trudno... Nabrali cię draby, ty biedactwo!! Ani nic o mnie nie słyszeli, ani nikt mi nic nie chciał robić, ani ja z żadnym elementem wywrotowym nic nie mam... O, to najprzykrzejsze, że cię, złotko, moja miła, tak na to wszystko tym strachem nabrali!...
Nazajutrz w fabryce Malczyk wyczekał przy wejściu na Zielnika. Ukłonił się mu grzecznie i podszedł. Zielnik żachnął się w stronę.
— Nie bój się pan — powiedział Malczyk — przychodzę tylko zapytać, czy był pan łaskaw tę moją sprawę załatwić?!
Wparli w siebie oczy: Zielnik — zbielałe od strachu, Malczyk siwe, stalowe. Długo wpatrywali się w siebie. Potem Malczyk niedostrzegalnie ścisnął majstra wyżej kiści ręki, aż ten poczuł w ustach jakby smak miedzi. Malczyk powiedział krótko:
— A za opiekę nad moją żoną, to już panu kiedyś, ale to nieprędko, może po latach, odwdzięczę się! Mam czas. — I odszedł.
Zielnik omijał od tego czasu Malczyka z daleka. Bo też żadna kobieta nie kosztowała go tyle wzruszeń, jak ta Genka!