Nasrożył się przy tym marsowo, a widząc płomienie gniewu na twarzy Genki, ruch jej piersi od wzmożonego oddechu, zamknął znów drzwi ze słowami:

— Widzę, że decyduje się pani... Niewielka to rzecz!

Wziął ją, pełną najistotniejszego męczeństwa: drżącą z wściekłości, z paznokciami wbitymi we własne dłonie: wargami, przyciętymi przez zęby... I kiedy brał ją, uczuła nagle w sobie dawno spodziewany, wyczekiwany, wyglądany, nowy tajemny ruch: ruch dziecka... Wtedy tylko, na krótką chwilę, po twarzy jej spłynęły, jak falą, gorące łzy...

Zielnik bardzo zadowolony, pomógł jej troskliwie wstać i ogarnąć się. Nie pomylił się: opłaciło się koło niej chodzić. Odczuwał nawet do niej jakby coś w rodzaju wdzięczności, ale zaraz się połapał, że to przecie tylko ona ma być jemu — dziś i nadal — za wszystko wdzięczna: za życzliwość w pracy; za wyróżnienie w pracy i teraz; za pomoc (urojoną) w sprawie Malczyka. Zatrzymał więc ją jeszcze przez chwilę: usadził na krześle.

— Zmęczyłaś się, co? Ale nie tak źle było, powiedz?!

Genka milczała: to wszystko nie dałoby się ująć w żadne słowa. Majster mówił dalej:

— No, nie pierwszy jestem u ciebie, więc już rozumiesz się na takich rzeczach. Malczykowi nie radzę ci się zwierzać, bo na nic żadne awantury: wylałbym jego i ciebie... A ciebie bym żałował!... On pójdzie na bandytyzm, bo to mu z oczu patrzy, ale ciebie na ulicę, dla każdego zawszańca, szkoda: fajna z ciebie dziewczyna! Otóż tak ci powiem. Dziś wieczór jego sprawę, jak obiecałem, załatwię. Wybronię go na mur. To mój dobry sitwes7! A potem, to ty już upilnujesz, żeby Malczyk z takim elementem nie parał się. Teraz nasze sprawy. Przychodź tu jutro do pracy, tak samo; opowiem ci co mi tam o Malczyku powiedzą, no i zabawimy się jeszcze raz... Bo tak, to by ci się za tanio upiekło!

Genka odpowiedziała tylko ruchem warg: „Dobrze”.

Ale nie przyszła nazajutrz ani do kantorku po pracy, ani w ogóle do pracy. Do nocy chodziła sama po ulicach, łykając gorzkie, palące łzy. W nocy poszła na stancję Malczyka, obudziła go, prosiła, żeby wyszedł do niej na ulicę. Wybiegł przerażony.

— Co ci jest, może zerwałaś się czym?!