— To przecie tylko od pani zależy...

Wstała.

— Jak to?

— No, przecie pani musi wiedzieć, że ja się w pani kocham i tam dalej. Chodzę przecie koło pani miesiąc z okładem jak koło jakiej hrabiny!

Stała nieruchomo: malutkie czarne plamki, jak śrucinki, latały jej, wirowały w oczach. W śmieszny sposób przypomniała sobie: „nie miałam dziś nic w ustach”... A powiedziała tylko:

— Więc, proszę pana. Taka pułapka... Albo tak, albo tak...

Patrzyła spokojnie, jak majster przekręcił klucz w drzwiach. Nie bała się go. Ale nie miała przecie też wyjścia. Powiedziała gorzko:

— Tylko niech już pan da pokój o miłości! Przecie wiem, jak pan to sobie urządza z każdą...

Wtedy Zielnik, który za długo napracował się na to, żeby ją potem mieć taką przybitą, zgaszoną, spłowiałą, bez resztki życia — użył zręcznego fortelu, by ją wyprowadzić z równowagi, podniecić.

— Ja nie używam przemocy — powiedział drwiąco i odkręcił klucz — to tylko z pani najdobrowolniejszej zgody i miłej chęci! Jak pani nie chce, nie nalegam: proszę!... — wskazał ręką na drzwi. — Ale też proszę nie mieć pretensji, bym się dziś dla gagatka trudził, od żandarmów go wypraszać!