Genka półprzytomnie dopracowała do końca dnia. Majster podsycał umiejętnie jej zdenerwowanie i niepokój. Podszedł raz, rozplątał zasupłane nici i szepnął: „Rozumiem wszystko, rozumiem. Proszę się trzymać!”...
Nie śpieszył się też, gdy weszła do kantorku po skończonym dniu pracy i odczekaniu, aż wszyscy wyszli. Malczyk wprawdzie czekał na nią, jak zawsze, ale powiedziała mu, że musi trochę zostać, by przygotować sobie na jutro robotę: trudno jej teraz wstawać wcześniej. Kiedy tak kłamała mu i wyprowadzała go skinieniem reki, czuła wewnątrz jakby grozę, coś tak ścinało ją we środku jakby mroźnym dreszczem. Nie podejrzewała jednak o nic Zielnika: wszystkie jego zaloty, pamięć o tych wszystkich uprzykrzeniach ustąpiła przed nawałem gryzącego niepokoju i troski o Malczyka.
Usiadła, skubiąc nerwowo chustkę.
— Słucham, panie majstrze. To o Malczyku...
Majster, spocony i czerwony z podniecenia (od godzin obmyśliwał sobie cały plan tej strategii), opowiedział jej, jak zdobył wiadomość, że Malczyk będzie tej nocy zamknięty („wdał się poza panią z wywrotowcami”), że zdradził mu to taki jego kolega, dawniej z wojska, co teraz pracuje na policji: on zaś, Zielnik, przez wielką życzliwość dla Genki, uprosił tego kolegę, by się wstrzymał do samej nocy: zobaczy się z nim późnym wieczorem, no i... chciałby dla niej tego Malczyka wykupić... Więc tedy widzi ona, że większej niż pożyczka potrzebuje od niego usługi!...
Genka dyszała ciężko. To była prawda! Na pewno tak! Nie mogła wątpić. Gałkowski przecież — przypadkiem — tak samo słyszał. Mignęła jej w mózgu ostra jak igła, bolesna, niejasna myśl: spółka?! Odrzuciła ją jako dziecinną, głupią. Majster i delegat, też coś!! Malczyk ma do Gałkowskiego uprzedzenie... Nie wolno zaniedbać żadnej deski ratunku...
Majster czekał parę sekund: odczekiwał całe to jej myślenie, bębniąc dyskretnie palcami po stole... Przecie ważyło się właśnie, czy mu uwierzy. Czy nie odkryje tu zmowy, pułapki? Musiał być cierpliwy, żeby się nie zdradzić żadnym ruchem.
Nagle Genka wyciągnęła dłoń i powiedziała cicho, załamującym się głosem:
— Niech pan pomoże, poratuje, panie Zielnik.
Wtedy majster wyprężył się, odął wargi i powiedział wymijająco: