— Czym mogę służyć?
Genka, której Malczyk zabronił wdawać się z Gałkowskim, przyszła prosić majstra o pożyczkę.
Zielnik aż zaniósł się wewnętrznie od serdecznego, bezgłośnego śmiechu: przecie Gałkowski dopiero chciał to organizować!! Sprytny mózg jego podpowiadał mu już sposoby najskuteczniejszego dobrnięcia teraz do pożądanego celu. Dał jej mówić.
— Panie majstrze — powiedziała, jąkając się — to taka prośba, do której pan wcale nieprzygotowany... Ale pan był zawsze ze mną taki... — zawahała się i dodała kompromisowo — uprzejmy... to panu powiem: chcemy się z Malczykiem pobrać, nawet już jego jestem; brakuje nam trochę, niedużo pieniędzy... Czy pan majster zaufałby mnie pięćdziesiąt złotych? Odrobię akuratnie, a jak pójdę już do niego, to mi już mój zarobek nie będzie taki do życia konieczny... Każdego pierwszego przyniosę panu tu dziesięć złotych do kantorku...
Wiedziała przecie o nim wszystko, o tym Zielniku i bardzo się dotąd pilnowała, żeby go jakoś do siebie nie ośmielić. Ale teraz, w ciężkiej trosce i potrzebie, skoro odpadła pomoc Gałkowskiego, upatrzyła sobie właśnie w nim jedyne źródło pomocy, sposób dobrnięcia do kochanego na stałe — sposób obrony i upilnowania Malczyka.
Zielnik tkliwie i ojcowsko położył (gorącą) rękę na jej ręce, opartej na stole. Tymczasem miał już cały plan i wewnętrznie zupełnie się uspokoił. Nie mignęło mu nawet w myśli, żeby tak, w pośpiechu lub przemocą — gdzieżby tam! Będzie to miał lepiej!
— Panienko — powiedział czule — wszystko wiem. Chętnie z pomocą przyjdę. Ale się boję, że naprzód to całkiem inna pomoc będzie panience potrzebna!... Bo są złe rzeczy...
Zakręciło się jej w głowie — znów ta słabość! O czym on myśli? Że zaszła? Skądby wiedział? Nic nie widać jeszcze! Czy też to, co mówił Gałkowski?
— A więc i pan... — zaczęła, ale przerwał jej:
— Nic tu nie można teraz mówić; bo wie pani, tu ściany mają uszy! Poproszę tu panią, jak ludzie się rozejdą. To tylko mogę powiedzieć, że jest poważna rzecz.