Tymczasem zdobył ją już następnego dnia. Wiele okoliczności na to się złożyło.

Genka zagabnęła wieczorem swego chłopca, co sądzi o Gałkowskim i za co naprawdę tak się na niego boczy. Gałkowski jest dla niej życzliwy, nawet kiedyś proponował jej pomoc, pożyczkę.

Malczyk przestraszył się i musiała go długo uspokajać, że między nią a Gałkowskim nigdy nic takiego nie było: po prostu dobry człowiek, no i przecież delegat. Malczyk długo, długo milczał, a potem powiedział jakby z wielkim trudem:

— Genka, wielkie to są wszystko bolączki i nie mogę dziś jeszcze nic mówić. Ale to ci powiem, że w swoim sercu, to już go mam za psa, za ostatnią kanalię i...

Aż zachłysnął się, tak mu ciężko szły te słowa.

— I to ci powiem, że jeśli mnie kochasz, a wiem, że kochasz, miła, złotko — pogłaskał ją szorstką ręką po jasnych włosach — to nigdy i nic, żadnej pomocy od tego drania, ścierwa nie przyjmiesz!... Bo wiedz, że ja, jak tylko będzie można, sam sznurek mu na szyi sobaczej zacisnę: ot masz!...

Nie pytała go więcej, tylko utuliła w ramionach i długo jeszcze siedzieli na schodach, mówiąc o swoich sprawach.

Malczyk chciał też się śpieszyć ze ślubem: wiedział już o niej, cieszył się, choć z czego? Życie takie ciężkie! Ale zawsze to ich, to wspólne ich będzie dziecko, będą je hodować...

Genka przytulona twarzą do jego ramienia, napłakała mu po cichu dużą, ciemną plamę łez na kurtce. I z przerażeniem myślała wciąż o tym, jak przez tę ciążę diabli biorą jej twardość, jej tężyznę, jej wytrzymałość!...

A następnego dnia, po namyśle, sama zgłosiła się do kantorku majstra Zielnika. Zielnik osłupiał, speszył się, prosił ją żeby siadła: ręce mu drżały.