Zaznaczył przy tym, że z rozmowy wnioskuje, jakby to był tylko taki wywiad, pierwszy sygnał: trzeba się mu przyczaić... Westchnął przy tym i dodał:
— Zresztą wiecie, Malczyk mnie nie lubi! Nie wprowadzajcie mojej osoby w tę rozgrywkę. Ja dla was to zrobiłem... A jak tam u was z tym weselem? Jeżeli brak wam jeszcze pieniędzy, to zawsze mogę pomóc, jestem wam życzliwy...
Serdecznie, gorąco dziękowała mu Genka. Poszła do warsztatu, pełna troski i najgorszych przeczuć.
Gałkowski natychmiast powtórzył Zielnikowi całą rozmowę w szczegółach. Radził mu teraz kuć żelazo póki gorące: dziewczyna wyraźnie wystraszyła się o swego chłopa. Ale żądał od majstra, żeby nie próbował z nią gadać ani dziś, ani jutro, bo się połapie, że są w zmowie i jeszcze im obydwu ten Malczyk mordy rozkwasi.
Zielnik kręcił się jak w ukropie.
— To jeszcze mam czekać! I na co?! A jak oni zabiorą się i wcale z miasta wyjadą?
Gałkowski był nieugięty.
— Poczekaj. Ja myślę, że będzie sama szukała pomocy: przyjdzie tu do mnie o pożyczkę, a ja ją do ciebie odeślę... Musisz czekać! Tymczasem sobie weź inną. Mało to masz na oddziale?
Zielnik siedział ponury.
— Takiej nie ma — odparł tylko. — Nie to, żeby była znów taka już piękna, tylko tak mnie rozochociła tym oporem, tym koło niej uwijaniem!