Genka milczała, uczuła nagłą słabość, a pot kroplami zbierał się jej przy brwiach, koło nozdrzy, w skroniach pulsowało. Oj, jakże to wszystko inaczej jest teraz, kiedy już zaszła!...

Czuła, że nie ma dziś nawet połowy własnej, normalnej woli, energii i odwagi.

— Więc to Malczyk ma być do redukcji? — szepnęła, przecierając ręką twarz. Gałkowski widział bladość, i słabość, i poty.

— Ależ nie to: tylko gorzej... Wiecie, dał się zamieszać do, no wiecie, do wywrotowej roboty!... Tak wypadkiem słyszałem rozmowę w kantorze: wnioskuję, że już go śledzą...

Genka, z pochyloną głową, usiłowała zebrać całą przytomność umysłu. Tak. Teraz, kiedy już zaszła, kiedy chcieli niedługo się pobrać, teraz właśnie mogą jej go wziąć. Wstała.

— To wam dziękuję za ostrzeżenie. Zaraz powiem o tym Malczykowi.

Gałkowski chwycił ją za rękę.

— Nie! — zawołał z pośpiechem. — Tego mi zrobić nie możecie! Tylko ja sam byłem wypadkiem przy tej rozmowie dyrektora przez telefon! Tego nie można zdradzić, bo przecież tak wysypać nietrudno delegata i wszystkie nasze sprawy ogółu!... Tego mi za moje współczucie i zaufanie zrobić nie możecie! Nie powinniście! — dodał rzewnie. Genka stała.

— Więc jakże? Na co nam tedy to wasze ostrzeżenie?

Wytłumaczył jej, że ona może dużo zrobić, gdy się zaopiekuje teraz już naprawdę Malczykiem, nie odstąpi go wcale w wolnych godzinach, no i prędzej już zawinie się z tym weselem i do wspólnej chałupy. Tam już go sobie upilnuje...