Gałkowski nie bardzo wierzył w powodzenie tego projektu, ale Malczyka nie lubił i chętnie by mu rogi przykleił; z Zielnikiem zaś trzymał sztamę i czasem nawet po forsę do niego chodził, jak miał potrzeby.

Zawinęli się obaj po prostu błyskawicznie, Majster zresztą prosił przyjaciela, że już naprawdę dłużej nie może wytrzymać mitręgi z tą dziewczyną: nie jada i nie sypia, a nawet gorzej, bo sypia z nią, ale tylko w wyobraźni. Raz nawet zaczął gadać do niej we śnie, przekonywać, aż mu żona, ta wredna czarownica, awantury robić poczęła. Gałkowski zapytał rzeczowo, jak daleko majster jest z Genką: czy wprost mówił już jej, czego chce, czy próbował? Zielnik z wielkim wstydem musiał przyznać, że nigdzie jeszcze z nią nie doszedł, że nawet żadnego wyraźnego słowa jej nie powiedział, tylko tak koło niej chodził, jak koło jakiej damy: we wszystkim jej dogadzał.

Gałkowski poszedł wywołać do siebie Genkę (miał w fabryce taką małą komórkę delegacką), a majster przykucnął u siebie w kantorku, pełen oczekiwania. Zwymyślał też od ostatnich starszego robotnika z oddziału, który zapukał i prosił go na salę, bo coś w świetle przy jednej maszynie się zepsuło. Zerwał się jak tur od stołu, rycząc: „Nie pójdę, żebyś wiedział, psia twoja mać! Zęby mnie drą jak cholera, a te ścierwa mi tu z lampami!” Robotnik uciekł jak zmyty.

Tymczasem Gałkowski odbył krótką, lecz jakże płodną w skutkach rozmowę. Gdy Genka usiadła przy biurku, dostrzegła na jego tłustej, żółtawej twarzy mieszany wyraz smutku i współczucia.

— O co idzie wam? — zapytała.

— O waszą prywatną rzecz — odparł z wielką serdecznością.

Doznała ukłucia w sercu.

— Redukcja?!!!

Zrobił pauzę, wygrywając jej przerażenie. Ta mocna, dumna dziewczyna dziś była w złej nerwowej formie.

— Nie — powiedział łagodnie. — Nie to i wam nic nie grozi, to jest wam osobiście, Geniu, ale, o ile was rozumiem... — tu zajrzał jej w oczy skromnie i z szacunkiem — więcej was obchodzą niż osobiste, Malczyka sprawy...