Jednak trzeba było z czegoś żyć; zarobić nie bardzo umiał, silny ani bardzo zdrowy nie był; w polu się nająć albo do budowania dróg — nie potrafił. Tak więc imał się każdej roboty, posyłek, sprzedaży ulicznej, żeby tylko jako tako żyć. W tym czasie — miał rok osiemnasty — zapoznał się u kolegi z miłą dziewczyną, której się bardzo spodobał. Była to tak zwana „życiowa szansa”. Dziewczyna ta, ładna i ponętna, miała zabezpieczone środki do życia, bo rodzice odumarli ją niedawno i pozostawili jej budkę z sodową wodą i łakociami. Budka, na zbiegu ludnych ulic w dzielnicy robotniczej, miała dobry handel i z łatwością wychodziła na swoje. Mira od paru lat już zastępowała matkę w sklepiku, gdyż w rodzinie zauważono, że handel na tym zyskuje. Ładna dziewczyna nie miała też żadnych ambicji, nie chciała pobierać żadnej nauki i wolała królować w swojej budce. Dziewczyna znała już dobrze życie i rozporządzała nieokiełznanym, zaborczym temperamentem, który nakazywał jej posiąść natychmiast wszystko, czego zapragnęła. Tak więc stało się i z Romanem. Nie potrzebowali nikogo się radzić. Mira przepędziła wszystkie ciotki i krewniaczki, które życzyłyby się zaopiekować jej losem i nie dała żadnej nawet obejrzeć wybranego, ubogiego, prawie bezdomnego chłopca; zabrała go do siebie na noc w parę godzin po poznaniu, a w ciągu tej nocy przyszła do przekonania, że jej odpowiada i że należy pozyskać go na stałe. Uradzili więc, że się pobiorą. Romanowi nie zależało wcale na tym, skoro osiągnął już ciepłe mieszkanie, utrzymanie i ładną, zdrową, namiętną kochankę. Ale Mira obstawała przy sakramencie. Pobrali się. Roman miał dzięki temu kilka tłustych i sennych lat życia. Wstawał kiedy chciał; bywał albo nie bywał w budce, tak, jak chciał. I całodzienną sprzedaż w budce i wszystkie zakupy dla budki załatwiała żona. Utył bardzo na tym gospodarstwie; sennie i syto żył; tylko zmartwieniem żony było, że nie mógł jej dać dziecka. Takie życie trwało aż do dwudziestego trzeciego roku obojga młodych, bo byli w jednym wieku. W tym roku (był to rok 1930) pewnego dnia Mira wyrzuciła Romana zupełnie tak samo, jak to zrobił uprzednio majster. Użyła nawet tych samych słów.

— Wiesz ty — powiedziała mu pewnego wieczora, rozpinając podwiązki — idź już sobie jutro stąd gdzie chcesz, bo ja o małżeństwo takie nie dbam; nie jesteś mi już wcale potrzebny!... Małżeństwo, to ja uważam — dzieci, a ty tego nie możesz mi zrobić; zresztą, i tak — tyjesz, wysypiasz się i coraz to robisz się nudniejszy...

Roman uniósł senny już nos znad poduszki (sypiali w jednym łóżku, ale daleko już było od ognistych uczuć pierwszych miesięcy) i chciał wyrazić oburzenie, ale mu to wcale nie poszło. Rozważył też milcząc, że w ciągu czterech lat kobieta ta pracowała na jego utrzymanie, a przecież niczym jej nie wynagrodził, bo chciała tylko dziecka; co zaś do mężczyzny, to — młoda i ładna — mogła ich mieć do wyboru. Krępował się spytać, czy ma już lepszego na widoku; kręciło się koło niej dość. Roman zawsze czuł się jakiś „przygodny” w tym stadle; tak jak przygodny był w pańskim mieszkaniu, przy ojcu, przygodny u majstra. Żeby się za bardzo nad nim nie wynosiła, ziewnął i powiedział: „A wiesz, że to i dobrze!... I ja mam inne plany... Nawet mi się już znudziłaś... Pewnie dlatego i nie masz ze mną dziecka... Bardzo chętnie nawet odejdę”... Mira popatrzyła na niego z zupełnie wyraźnym akcentem w oczach: „dureń”, ale powiedziała bardzo grzecznie: „To posuń się lepiej do ściany; dużo zajmujesz miejsca” — i odwróciła się do snu. Po paru dniach Roman opuścił swoje małżeństwo.

Tu już jednak okazały się wielkie trudności w prostej sprawie podtrzymania własnego bytu. Już o robotę było trudno. Nieraz też wracać musiał do Miry; prosić o pieniądze, które w drobnych ilościach otrzymywał; prosić o nocleg, o jakąś pomoc. Mira dopuszczała go grzecznie do stołu i umiarkowanie — do kieszeni, ale noclegów nie lubiła: kiedy zaś nocował, musiał spać osobno, na małej kanapce. Po kilku takich nawrotach do żony, zastał i tę furtkę zamkniętą. Przyszedł kiedyś wieczorem; nie miał pracy, niedojadał, po prostu nie miał gdzie nocować. Mira długo nie otwierała mu, a gdy wreszcie otworzyła drzwi, zobaczył tylko jej wysuniętą rękę i dwa złote. — „Nie mogę cię nocować; w ogóle przeszkadzasz mi; nie wracaj tu już więcej; wprost nie wiem, jak ty się nie wstydzisz”. Drzwi się zatrzasnęły. Roman stał za drzwiami, zły i zmartwiony i słyszał, jak Mira, kładąc się z powrotem do łóżka, mówiła do kogoś popędliwie: „No patrz, ty!! Tacy są mężczyźni! Doi mnie i doi; nie wstyd to mu? Inne żony skarżą o alimenty, a tu ten!!” Nagle głos jej zmienił intonację na miłą i czułą, przypominającą tę z pierwszych miesięcy ich małżeństwa i Roman usłyszał dokładnie: „I w takiej chwili, musiał, bydlę, stukać!!”

Nędza i głód doprowadziły Romana, jak tylu innych, do kradzieży. Przyłapany, przyznał się w śledztwie do niepopełnionych przestępstw i nazwał nieistniejących wspólników. To — zamiast zniechęcić — ogromnie spodobało się wywiadowcy, z którym miał do czynienia. Zaproponował mu po odbyciu kary — służbę dla wywiadu. Polecił mu pewne przygotowawcze studia już w więzieniu. Roman przyjął, jak się to mówi, z miłą chęcią. Nie miał istotnie żadnych skrupułów. Ciężkiej pracy pełnić nie mógł — tak mu się zdawało; żyć potrzebował, głodowanie gnębiło go. Taka służba, zapewniająca i utrzymanie i nadto stosunki, odpowiadała mu. Siedział zresztą w więzieniu tylko dwa miesiące i po uwolnieniu natychmiast zabrał się z energią do nowych obowiązków.

W tym miejscu popełnił rzecz, którą sam w swym nierozwiniętym mózgu uznał jednak za świństwo. Mianowicie — zaszkodził Mirze. Medytacje więzienne i rozmowy tam z „doświadczonymi” mężczyznami uświadomiły go, że Mira „nie miała prawa” postąpić z nim tak, jak postąpiła. Rozpamiętywał gorzko wszystkie wygody życia u niej i owo „wypowiedzenie” mu małżeństwa, wiktu i opierunku jednej nocy, a później — przepędzenie go w drugą noc, kiedy innego już darzyła miłością, a na pewno i wiktem, i opierunkiem... Nagle, niespodziewanie dla niego, w więzieniu wspomnienia te zaczęły go gryźć i parzyć. Postanowił „pokazać babie władzę”... Doszedł, z kim żyła. Był to młody czeladnik piekarski, śliczny chłop, zapamiętały „buntownik” i socjalista. Nie mieszkał u niej, nie chciał wiktu ani opierunku, sam miał dobrze płatną pracę, był kawalerem, przychodził do niej noc w noc „z wolnej ręki”, żeby się kochać. Musiała więc mu się podobać.

Roman zadenuncjował tego chłopca. Doznał uczucia tryumfu — upajająco nowego w całym jego życiu! — kiedy spotkał się wypadkowo z Mirą, wystającą pod więzieniem, spłakaną do niepoznania, skrzepłą, wychudłą w cierpieniu. Nie widziała go i stchórzył pokazać się jej na oczy, choć przecie nie była w stanie dojść źródła swego nieszczęścia. Ale rzutu oka na jej postać wystarczyło, żeby dostrzegł, jak unosił się sweter na jej brzuchu, jak bardzo zaokrągliły się biodra; dopięła więc swego: miała mieć dziecko! Uczucie tryumfu spotęgowało się: „Dobrze załatwione!! Teraz dopiero musi ją boleć, że zabrano jej odpowiedniego samca”.

Denuncjując chłopaka Miry, Roman awansował na konfidenta, który potrafi mieć wiadomości ze środowiska ruchu robotniczego, może — rewolucyjnego. I tak właśnie doszedł Roman do swej ostatniej kariery.

Kryzys pogłębiał się, a wraz z nim wzrastały nastroje opozycyjne w społeczeństwie. Roman otrzymał pracę w jednej z fabryk metalowych, gdzie postawiono mu warunek, żeby śledził za krzewieniem nastrojów opozycyjnych. Uczucie władzy i połączone z nim uczucie tryumfu stanowiły nowe, dodatnie przeżycia Romana. Mógł teraz telefonować do różnych panów, z którymi wiązały go i łączyły różne zadania, spotykał się z panami w różnych lokalach, wydawał się sobie czymś innym, nie tym Romanem od starego pana, od majstra, od Miry... Zresztą, musiał zmieniać fabryki, bo robotnicy umieli się jakoś po czasie połapać i nieraz mogło mu być gorąco, gdyby w porę nie uszedł. W końcu uznano za wskazane, żeby Roman obrał sobie jakąś określoną fizjonomię polityczną i związek, z ramienia którego mógłby stale działać. Przez tchórzostwo, które było mu wrodzone, przez chęć łatwizny i wygodnictwa wstąpił do związku orientacji rządowej. W ten sposób został delegatem w fabryce trykotaży pod firmą „Szpilka”. I to właśnie — służba konfidenta sprawiała, że Roman Gałkowski traktował tu swoje delegactwo tak jakby dożywocie.

Co do wygody, nie miał wprawdzie teraz tak dobrze, jak przed kilkoma laty w fabryce metalowej. Tam delegaci, na zasadzie ustnej ugody zarządu fabryki ze związkiem, bywali z reguły zwalniani od pracy przy warsztacie (od chwili wyboru i przez cały okres delegatury), a płatni byli tak, jakby pełnili swoją warsztatową pracę: tę samą mieli stawkę, przy jakiej zastał ich wybór na delegata. Teraz — lata kryzysowe, wzrastająca dążność właścicieli i zarządów fabryk do oszczędzania na robociźnie, zmniejszające się od pięciu lat prawa i przywileje robotnicze sprawiały, że delegat nie otrzymywał tak doskonałych warunków i zasadniczo musiał robić przy warsztacie; dla społecznych zaś, delegackich obowiązków musiał wykrawać czas w przerwie obiadowej lub też po godzinach pracy. Oczywiście, ścisłe trzymanie się stricte takich warunków byłoby znów nie do pomyślenia. Przecież musiał wychodzić od czasu do czasu do inspektora pracy, nieraz musiał tracić całe godziny. Byłoby to z wielkim uszczerbkiem dla jego zarobków. Miał też i to na względzie, że czasem wypadało mu być w godzinach pracy w urzędzie bezpieczeństwa, kiedy miał coś tam do zakomunikowania. Uzyskał też zamaskowaną pomoc tego właśnie urzędu — interwencję „miarodajnych czynników” u dyrekcji fabryki, żeby nie krzywdziła delegata Gałkowskiego, którego prorządowe nastawienie i dobroczynny wpływ na nastroje załogi robotniczej należało uważać za zupełnie pewne. Dyrekcja nie bardzo rozumiała z początku, dlaczego niepokaźny delegat Gałkowski korzysta z takiego poparcia, ale dla dobrych stosunków z urzędami wolała być dobrze z ustosunkowanym delegatem. W końcu zaliczano mu każdą dniówkę i wszystkie dniówki za pełne, niezależnie od liczby wyjść i liczby przechodzonych godzin.