Gałkowski miał na ogół w fabryce prawie święte życie. Robotnicy werbowani byli przeważnie z okolicznych wsi, nie tknięci żadnym trądem opozycyjnym i przepełnieni ową niewypowiedzianą zdolnością bezkresnego czekania na polepszenie warunków. Gałkowski doskonale rozpoznawał się w istocie warunków pracy w tej fabryce i umiał je porównać z lepszymi warunkami w innych fabrykach lub w latach przedkryzysowych, więc w duszy sam się dziwował niekończącej się cierpliwości robotniczej. Nabył wprost rutyny w uspokajaniu robotników, w umiejętności obiecywania im pomocy, której nie wypełniał. Była to prawdziwa umiejętność i sztuka: tak przewlec, tak przemaglować każdą sprawę, każdą słuszną pretensję, tak ją rozwłóczyć po konferencjach bez określonego wyniku, po sieci interwencji, że z pretensji i sprawy w końcu nic konkretnego nie zostawało. W tej sztuce Gałkowski dopiął istnej doskonałości. Najuporczywszy robotnik, kiedy po pięcio lub dziesięciokrotnym przypominaniu i pytaniu, bywał znów odsyłany do innego terminu, maglowany przy innej wątpliwości prawnej — odstępował od swej słusznej pretensji, a dziwna dobrotliwość i wyrozumiałość większości robotników sprawiała, że prawie nigdy nie dochodziło do żadnych poważniejszych wybuchów. Zaledwie kilka razy Gałkowski wyczuł, że ten i ów robotnik wpada na trop jakiejś bliżej nieokreślonej wątpliwości; że załamuje się zaufanie do delegata, że wyczerpuje się ta przysłowiowa „polska cierpliwość”. Wtedy umiejętnie intrygował miedzy robotnikami, budził w innych podejrzenia co do tego, który przestawał mu ufać. Robił to bardzo zręcznie, bez szczególnego nacisku. Na przykład: przeglądając książeczki obrachunkowe w obecności kilku robotników, natrafiał niby przypadkowo na książeczkę interesującego go robotnika (podłożoną umyślnie w tym celu w określone miejsce, żeby weszła pod rękę) i niby niechcący ronił nagle: „Ale ten, powiedzcie no, Jackowski (lub Malczyk), co on się tak koło majstra uwija? hę? Ma w tym co, albo jak?! Nic nie rozumiem”... A zapytany wręcz: „Co sobie na ten przykład myślicie? O co idzie?” - wycofywał się wnet i zasłaniał — solidarnością robotniczą: „Nie, co znowu! kwestię chcecie mu robić o takie głupstwo?! Teraz w kryzysie nie rozbijanie, a łączenie nam potrzebne!... Nic takiego nie chciałem wcale powiedzieć”... Pozostawało niemiłe, niewyraźne wrażenie, że jednak z Jackowskim (lub Malczykiem) nie wszystko było w porządku, skoro się lizał do majstra. Czasem też robił — w mniej wyraźnych chwilach — masówkę i wręcz stawiał pytanie, czy mu ufają? Wyglądał przy tym sam na pokrzywdzonego, na bidulka. Umiał też ich „zażyć z mańki”: o kryzysie, o wzrastającej reakcji, ale też i o obcych agenturach, które sprzedają Polskę. Wszystko się tedy znów rozchodziło po kościach.

Gdy zaś naprawdę czuł, że się rwie, że czyjaś nagła czujność zaciska się mu dokoła szyi, wtedy miał przecie swoją najskuteczniejszą, niewidoczną, a ostrą broń. Uciekał się do niej wprawdzie tylko w ostateczności, bo bał się jednak kiedy przy tym wpaść. Tak właśnie było z Jackowskim. Roman czuł, że Jackowski nie dowierza mu i że żywi już określone zupełnie podejrzenie co do podwójności jego roli w fabryce. Malczyk też był nieufny, ale jakby się jeszcze łamał i wahał to na tę, to na jego znów stronę. Ale Jackowski był już całkiem zdecydowanym jego wrogiem. Pewnego dnia podszedł do niego przy warsztacie i powiedział mu półgłosem:

— Słuchajcie, Gałkowski. Widziałem was wczoraj w takim miejscu, że wprost nie wiem, co o was myśleć!

Gałkowski zbladł, bo rzeczywiście poprzedniego dnia odwiedzał to właśnie miejsce.

— Nie rozumiem was — wybełkotał — o co chodzi?

— Nie chcę robić skandalu — powiedział tak samo cicho Jackowski — ale radzę wam, usuńcie się lepiej sami z fabryki, bo już tu nie możecie z nami być... Pracujecie na dwa fronty!... — i odszedł.

Tej nocy, późno, Gałkowski prosił telefonicznie o posłuchanie w bardzo pilnej sprawie i z wszelkimi ostrożnościami udał się na widzenie. Zaklinając na wszystko, że może się wsypać i wsypać całą sprawę, prosił o przytrzymanie Jackowskiego jeszcze tej nocy. Starszy wywiadowca, z którym mówił, miał wielkie wątpliwości, jak się to da zrobić. Jackowski nic nigdy nie miał nie tylko z żadnym komunizmem, ale w ogóle z żadną polityką i jak go będzie zatrzymywał? Tyle już ludzi siedzi bez dostatecznej przyczyny; to się jeszcze robi, jak co poważnego za tym stoi, ale żeby tak dla każdego przeciętnego konfidenta!... Gałkowski nie dawał za wygraną.

— Tylko o to proszę, żebyście zabrali go dziś do aresztu, a ja wam w mig dowodów dostarczę, świadków i wszystko takie... Przecież wiecie, że to i to umiem zrobić... A jeżeli go nie zamkniecie dziś, to jutro już on może wystąpić przed załogą i wtedy będzie klapa!...

W końcu wywiadowca się zgodził. Ale i tego jeszcze było mało. Gałkowski prosił o „nauczenie” w urzędzie Jackowskiego, nieszkodliwie, ale tak, żeby się choć parę tygodni nie mógł ani z nikim widzieć, ani pisać nic, bo inaczej przez żonę dałby znać do fabryki. W ciągu zaś paru tygodni będą i dowody „na mur”, no i Gałkowski zdąży się już tak koło Jackowskiej i dzieciaków zakrzątnąć, że jeszcze na dobroczyńcę wyjdzie... Sprawa została załatwiona. Przy czym załatwiona tak precyzyjnie, podług dokładnych próśb Gałkowskiego, że Jackowski nie został aresztowany w mieszkaniu (byłby zaraz pewno powiązał areszt z opisaną rozmową z Gałkowskim i na miejscu, choćby i przy policji, powiedział to żonie), tylko nad ranem, w podwórzu, gdy wychodził z ustępu, szykując się już do wyjścia do pracy.

Krzyknął wprawdzie głośno, gdy go zatrzymali, bo był ostry chłop i nie tchórz, ale wywiadowca, obecny przy aresztowaniu, ścisnął go tylko za łokieć i wyraziście go ostrzegł na ucho: „Dla pana lepiej spokojnie się zachować, bo dowody są takie...”, przy czym dyskretnie opuścił prawą rękę do kieszeni; posterunkowy zaś zaburczał: „No, co tam, panie Jackowski, każdy tu pana zna, widać jakieś nieporozumienie, wytłumaczy się pan na policji; tylko bez tych wywrotowych sposobów, bo to nas drażni!...”