Wstali. Mitek, zdręczony moralnie, dziękował mu bardzo za życzliwość, za serdeczność. Żegnali się. Już Nowicki wychodził z pokoju, gdy Mitek wybiegł zza biurka i zatrzymał go.
— Oto — powiedział — i cóż tu dłużej gadać! Oto z takiej ciężkiej sprawy wyrasta od razu, że musi być jednolity robotniczy front!! Nie? — Roześmiał się piekarz i objął go ciepłymi promieniami swych czarnych, wpadłych w więzieniu oczu: — Tak — powiedział tylko — bracie!
— To straszna dla nas sprawa, rozumiecie, ja muszę mieć Malczyka na dowód... Bo między wami była kobieta... No i wam przecie tego w więzieniu nie zdradzili!...
Nowicki odparł krótko:
— Słuszna rzecz. Rozumiem. Musicie być organizacyjnie w porządku. Ja też wam coś zeznam...
Ale tu wysunął się Gałkowski.
— Nie godzę się na Malczyka! — zawołał — bo każdemu w fabryce wiadomo, że to mój zaciekły wróg; tam też o jego narzeczoną to poszło... On na mnie naszczeka, a jak ja się w takiej sprawie obronię?! Nie mogę się zgodzić na świadectwo Malczyka!
Nie rozumiał, że gubił się tym doszczętnie w oczach Mitka. Wyczuł tylko klęskę, gdy Mitek podszedł i z bliska spojrzał w twarz: dobroduszne zazwyczaj, żywe i miłe, ciemne oczy Jasia, „byczego” chłopa, były złe, były straszne.
— To ty jesteś widać, Gałkowski, to śmierdzące bydlę: to ty widać swoich naprawdę sprzedajesz; to ty jesteś politycznym szpiclem przeciw robotnikom; to mało dla ciebie stryczka, szkoda kuli; butem chyba tratować takie bydlę... — chrypiał tak zduszonym głosem.
Gałkowski cofał się, rzucając urywane wyrazy: — Samowola!!... Do sekretarza!... Prezesowi będę!!! — ale tu już wszedł między nich Nowicki.