— Zostawcie go teraz, Mitek. Tak nie możecie, tylko organizacyjnie sprawa musi przejść; musicie mieć nasze zeznania; nie można inaczej... Za poważne to rzeczy...
Poprowadził go do biurka, a Gałkowski tymczasem jak bomba wypadł w drzwi. Nowicki usiadł przy Mitku.
— No, nieszczęście dla organizacji! — powiedział. — Wiecie, że jestem od was inny i waszej organizacji wybraniać nie potrzebuję. Ale przecie wiem, że dużo u was porządnych chłopów, a i do was ot: duże zaufanie od pierwszej chwili czuję, i dobrze o was z fabryk słyszałem... Co robić! Takie coś i u nas, i u lewicy może się zdarzyć; a nawet na lewicy robotniczej to bardzo często, bo przecie cały ruch robotniczy tak chcą podjadać i kończyć!... Nie zamartwiajcie się tak za bardzo, chłopie! — dodał serdecznie, widząc jak Mitek głowę na obu rękach wsparł i krył przed nim ciężki rumieniec wstydu. — Nawet wam, wiecie, już tak poza organizacjami, z proletariackiej solidarności, coś poradzę. Sprawę jego spokojnie, spokojnie prowadźcie, a szybko, a cicho. Jeżeli osobiście nie czujecie się na siłach, że to was zaraz rwie rozprawić się z nim, to niech to lepiej weźmie sam sekretarz, albo i cały zarząd lub komisja specjalna. Malczyka wezwiecie, a i ja przed każdym tu u was ciałem zeznawać będę, bo to sprawa nasza wspólna robotnicza!... I radzę wam tylko: zaraz go, natychmiast, dziś już zawieście w delegackich obowiązkach... Bo tych to już nie może dłużej pełnić...
Wstali. Mitek, zdręczony moralnie, dziękował mu bardzo za życzliwość, za serdeczność. Żegnali się. Już Nowicki wychodził z pokoju, gdy Mitek wybiegł zza biurka i zatrzymał go.
— Oto — powiedział — i cóż tu dłużej gadać! Oto z takiej ciężkiej sprawy wyrasta od razu, że musi być jednolity robotniczy front!! Nie? — Roześmiał się piekarz i objął go ciepłymi promieniami swych czarnych, wpadłych w więzieniu oczu: — Tak — powiedział tylko — bracie!
Ale Gałkowskiego nie zawieszono zaraz w czynnościach. Sekretarz, zarząd stanęli na stanowisku, że jakkolwiek sprawa wygląda na przegraną (Gałkowski wyjdzie na szpicla), ale dla organizacji takie przyznanie się do przegranej przed śledztwem, politycznie nie jest korzystne. Próżno rzucał się Mitek i w pasji szarpał swój krzyż Pierwszej Brygady, z którym się nigdy nie rozstawał; próżno dowodził, że właśnie dla organizacji byłoby tak lepiej i korzystniej. Poza tym inni członkowie zarządu podejrzewali tu możliwość „intrygi opozycyjnej” i woleli być ostrożni... Śledztwo zaczęto wprawdzie nazajutrz, ale Gałkowski przestał być w kilka dni potem delegatem nie w wyniku śledztwa (które sam wikłał, doprowadzając swoich świadków) — a w wyniku zmian w obliczu politycznym załogi i wyborów nowego delegata.
Tegoż wieczora po zarządzie, gdzie przegrał zawieszenie Gałkowskiego, Mitek odszukał Malczyka (kolegę ze Strzelca) i poszli we dwójkę do Nowickiego. Odszukali go dopiero późno wieczorem u Miry. O sprawie Gałkowskiego mówili króciutko: Mitek już wiedział wszystko. Ale długo, długo w noc, aż już miało świtać, siedzieli u Miry: wszyscy czworo ze sobą zwarci w trosce, gniewie i bólu; zaprzyjaźnieni tak nagle, ale już choćby i na śmierć.