Nowa żona spadła mu jak z nieba. W błyskawicznym tempie montowała jego karierę w nowej ojczyźnie. W ogóle jego życie szło teraz w błyskawicznym tempie. Młoda, wyzywająco przystojna kobieta nie traciła czasu. Spotkał ją w gronie swych nowych politycznych przyjaciół, na jednym ze zjazdów społeczno-politycznych. Zaimponowała mu od razu wielką bystrością umysłu. Siedzieli właśnie w grupie kilkunastu osób i pili w restauracji szampana, gdy ktoś z obecnych zaczął wspominać czasy wojenne. Wywiązała się stąd rozmowa, kto i gdzie był. Baczyński asystował bardzo pannie Zosi i nie bardzo też śledził wątek rozmowy. W pewnej chwili szepnęła mu do ucha:

— Gapi się pan!! Towarzystwo legionowe! Musi pan tu coś skłamać!

Osłupiał z podziwu: dotychczas jeszcze nie próbował tej drogi. Przyjrzała mu się uważnie i oceniła od jednego spojrzenia, że nie potrafi zręcznie skłamać w tej dziedzinie. Wyczekała tedy chwilę, a potem opowiedziała towarzystwu przezabawną historyjkę o swoim wuju, który razem z tym oto panem Baczyńskim schował podczas rewizji skład broni w łóżku chorej na fluksję ciotki, sam widok której zniechęcił młodych żandarmów do głębszych poszukiwań. Towarzystwo — podgazowane — wypytywało o weselsze szczegóły i tak oto Baczyński został „niepodległościowcem”.

Był wprawdzie moment, kiedy bystrość umysłu Zosi sprawiła mu dużo mniejszą przyjemność. Baczyński zapoznał się z jej rodzicami — zrujnowana ziemiańska rodzina z Podola. Brał stuprocentową pannę, śliczną dwudziestodwuletnią dziewczynę. Po ślubie, rozanielony, dokonał pewnego odkrycia które zwarzyło mu humor.

— Zosiu! — powiedział kwaśno. — Nie mam żadnych pretensji, oczywiście... — Długo milczał. — Ale mogłaś mi powiedzieć!

Odwróciła się ostro do ściany i odpowiedziała krótko, ucinając łeb niepotrzebnej rozmowie:

— Mój drogi! Nie umiesz się rozpoznać!

Zamilkł z podziwu: nie spotykał jeszcze takiego tupetu. Ale nie poruszył już drugi raz tej kwestii. Zosia zaś już nazajutrz oświadczyła mu, wstając:

— Małżeństwo, mój drogi, porządne polskie małżeństwo, musi mieć dzieci! Staraj się o to piorunem! Jedź do wód albo jak, jeżeli nie jesteś siebie pewny: jesteś dużo starszy ode mnie. Ja przeznaczam na to macierzyństwo tylko pierwszy rok.

Pod urokiem tej diabelskiej dziewczyny, Baczyński starał się jak mógł. Miała więc z nim dziecko, syna. Karmiła go dwa tygodnie, po czym odstawiła od piersi i zajęła się swym biustem. W jednym dniu były dwie odrębne narady: jedna, dotycząca pielęgnowania biustu i doprowadzenia go do idealnego kształtu po doznanych zmianach, druga — hodowli syna przez pielęgniarkę i sztucznego żywienia. Gdy zaś Baczyński próbował wtrącić do opinii lekarza i swoje zdanie, że jednak trzeba jeszcze małego karmić mlekiem matki, Zosia spiorunowała go wzrokiem i kategorycznie odrzuciła wszelkie dalsze rozmowy na ten temat: