— Moje piersi czy panów wchodzą w grę?! Więc szkoda gadania!
Baczyński usunął się: to była indywidualność!
Po urodzeniu syna pani Zosia zajęła się montowaniem kariery męża (i własnej sytuacji materialno-towarzyskiej) na własną rękę. Umiała to pierwszorzędnie. Gdy potrzeba było pozyskać sobie poparcie czy sympatię osób starszych i o pojęciach więcej starodawnych, pani Zosia wybierała się z wizytą w skromnej gładkiej sukience, z twarzyczką pozbawioną wszelkiej szminki: całowała starsze panie w rękę, nie lubiła współczesnej sztuki, a już broń Boże — literatury!
— Może to śmieszne, może jestem staromodna na swój wiek, ale dla mnie nie ma lepszej lektury jak Rodziewiczówna...
Nikt jej wprawdzie nie wierzył, ale uważano to za miłe. Gdy zaś trzeba było uzyskać jakąś przychylną opinię o mężu w urzędzie, zbierała skrzętnie wszystkie wiadomości o danym (zawsze wysokim) urzędniku i wówczas, odpowiednio ubrana, przychodziła w tej sprawie do biura. Sposoby jej były jednostajne, nie trudziła się nad ich urozmaicaniem, bo nie było potrzeby: działały. Siedząc, w rozmowie, zakładała nogę na nogę i w pewnej chwili podnosiła sukienkę tak, żeby było widać nogę wyżej kolana. Obliczenie było bezbłędne: jeżeli natrafiała na cnotliwego, skromnych obyczajów pana (taki unikat mógł się też przecież zdarzyć), no to najwyżej spuszczał oczy i nie podnosił tej zaczepki. To się zdarzyło pani Zosi tylko raz, na niezliczoną ilość takich wizyt. W przeważającej liczbie wypadków zaczepkę tę — mniej lub więcej aktywnie — przyjmowano i albo wystarczał sam widok nóżki dla uzyskania potrzebnej opinii, albo następowało pogłaskanie nóżki albo — i to najczęściej — małe spotkanie, krótki wyjazd za miasto.
Pani Zosia zapatrywała się na to filozoficznie: „Nie ubędzie mi” — „Nie zabiorę tego do grobu” — to były jej aforyzmy. A sprawy bywały załatwiane i kariera posuwała się naprzód.
Czy Baczyński o tym wiedział? Pozostaje to tajemnicą. Ale gdyby wiedział, należy sądzić, że przyjąłby i to na rachunek ofiar i poświęceń dla ojczyzny, którą już naprawdę kochał!
Pani Zosia była też specjalistką od urządzania obiadów z potrzebnymi ludźmi. A jakże. Wszystko wtedy bywało „ef-ef”28. Zastawa, treść obiadu, napoje, kawa. Światła do brydża, i w saloniku, i w buduarze. Sama u siebie na przyjęciach nie grywała. Musiała czuwać. Czuwała precyzyjnie. Gdy pito, umiała spojrzeć na obiecującego dyrektora departamentu, podnieść kieliszek w górę i wypić zdrowie... „pana ministra”. A gdy oponował że nie, że wcale nie zanosi się, uśmiechała się łagodnie i znacząco. I mówiła:
— Że nie, to wiemy. Ale będzie pan, będzie!
Dziesiątki wpływowych i często niegłupich panów pozyskiwała sobie właśnie tym sposobem. I z kobietami umiała sobie radzić. Czasem, siedząc przy wpływowej pani, nagle podnosiła jej rękę (czasem — łapę niedźwiedzią) i mówiła półgłosem: