Tymczasem majster szybko odszedł, nie chcąc przewlekać sprawy ani do policji w sprawie tej stawać: bał się widocznie spotkania rodziców małej z portierem i takich różnych okoliczności.
Wtedy mała runęła na kolana przed policjantem i obie ręce mu całowała, przysięgając na wszystko — na duszę, na Boga, że to jej się stała taka straszna krzywda i żeby ją puścił do domu, że jutro z rodzicami tu do niego przyjdzie i oni przecież, rodzice, fałszywie nie potwierdzą... Zanosiła się tak od płaczu i tak jęknęła, że policjant pochylił się, podniósł ją i dopiero świadomie zajrzał jej w oczy. Napuchnięte od płaczu, przerażone, dziecinne, biedne te oczy targnęły mu wnętrze.
— No to idź — powiedział, odmachując ręką policjanta, który nadszedł na gwizdek — może i nie kłamiesz! Na darmo tylko, ot, fatygowałem kolegę...
Nigdy się nie dowiedział majster Zielnik, że ta dziewczyna uniknęła katowni. Ale długo wspominał z Zielakiem tę juchę, tę „cholerną hrabinę”, przez którą go pół dnia głowa bolała.
Częste, powszechne wprost zjawisko oporu miewało zapewne różne postacie, ale przeważnie dziewczęta wobec dwóch tęgich mężczyzn, gdzie jeden drugiemu sekundował, czuły tego oporu zupełną beznadziejność. Łzy zaś ich i jęki niesłychanie podniecały mężczyzn — i tego, który był aktywny i świadka. Świadek zresztą — nierzadko tuż zanosił przed władzę swą prośbę, ażeby mógł też po nim dostąpić. Zielnik jednak odrzucał to kategorycznie i bez wyjątku: argumentował zaś odmowę wprost imponująco: „Co ty sobie myślisz, że będziemy obaj tu młodą panienkę tak niszczyć! To się po mnie nie okaże! Ona u mnie dobrze będzie miała... A ty się jej masz czas jeszcze zasłużyć...” i dla pewności, wychodząc, zawsze zabierał ze sobą dziewczynę. Jeżeli bywał bardzo zadowolony z nowej znajomości, to nawet czasem dawał takiej na tramwaj albo na parę cukierków. Majster Zielnik bardzo sobie chwalił to wszystko i mawiał wśród bliskich, że jak dwa czy trzy razy w tygodniu nie ma takiej okazji, to zaczyna mu coś najwyraźniej w zdrowiu dolegać, a jak dobrze się układa, no to apetyt i dryg do pracy ma pierwszorzędny.
Taka była „organizacja pracy” w fabryce w stosunku do dziewcząt.
Odmiennie postępował majster z kobietami, mężatkami. Tu bywał ostrożniejszy, bo przecież w grę wchodzić mógł mąż. Poza tym dorosła kobieta więcej miała rozumu, mogła szkodzić. Jednak kryzys i słabe zorganizowanie załogi fabrycznej stawały walnie do pomocy Zielnikowi. Oczywiście, chodzić mu mogło zawsze tylko o młode albo wyjątkowo urodziwe mężatki. Przechodząc koło starszych albo brzydkich, niezgrabnych, spluwał tylko, a gdy już musiał takiej coś w warsztacie naprawiać, to wymyślał głośno: „Wredna baba, że tylko rzygać!... Jędza tylko do miotły”... Szczególną zaś pasję budził w nim widok kobiet ciężarnych, zwłaszcza starszych. Wprost wybuchał pasją: „Też durnia znalazła, parszywego widać kozła, że jej brzuch robił! Tfu, paskudztwo takie!” Czasem robotnica, strasznie zawstydzona, poprawiając fartuch, w pąsach na umęczonej twarzy, próbowała go opamiętać:
— Jakże to można, panie majstrze! Przecie z męża to, ślubne, pan wie!
Nie było słów, które by bardziej majstra mogły rozzłościć. Potrącało to snadź4 o jakiś jego uraz psychiczny.
— Ślu-u-bne... — wykrzywiał się nad przerażoną — to myślisz, że smaczniejsze, jak ślubne! Chyba ci mordę zawiązał, jak do ślubu poszedł!! Mnie ślubnego baba windą do siebie nie wwiezie, jak mi już obrzydła! Dla wiary i tej państwowości, to mogę księdzu do mszy wysłużyć albo datek na budowę kościółka, ale to co mam z ciała mego, to wara! To moja własna rzecz! — Długo pamiętał potem takiej robotnicy rozmowę.